Pierwszy ale nie ostatni ślub

Byłam, pobawiłam się i wróciłam. To był mój pierwszy ślub. Stresowałam się prawie jak panna młoda. Może to przez tą wydekoldowaną sukienkę i buty na szpilkach :-) Ale nogi mam całe, całą resztę zresztą też. Nie żałuję, że pojechałam, choć przyznam, że droga powrotna do najlepszych nie należała. Tańczyć nie umiem, ale wywijaliśmy na parkiecie. Już się boję, co kamera uchwyciła. Starałam się trochę chować, potem stwierdziłam, że przecież nikt mnie nie zna. I to był błąd :-) Bo teraz już mnie znają. Ponieważ samolot do Londynu mieliśmy o 22.20, cały dzień spędziliśmy z młoda parą. Co się zakończyło obiado-kolacją z ich rodziną. Oj niedobrze niedobrze :-)
W skrócie bawiliśmy się super. Na drugi dzień młodzi mieli sesję zdjęciową, miałam okazję popstrykać im zdjęcia. Nikt mi jeszcze tak nie pozował :-) Sama się załapałam na kilka fotek.

Niestety droga powrotna to był koszmar. Na wstępie samolot był opóźniony. Wylądowaliśmy chyba na najdalszym końcu lotniska. W dodatku było tyle ludzi, że wstrzymywali ruch i puszczali partiami. Ja umierałam z bólu, bo nowe buty pozostawiły ślad; mało co a bym na boso śmigała :-) Pocieszałam się tylko, że jak tyle czasu nam zejdzie dojście do kontroli paszportowej, to bagaże będą juz na nas czekały. O ja naiwna… prawie godzinę na nie czekaliśmy. Chyba leciały drugim samolotem :-)
Dostaliśmy bagaż, ja zmieniłam buty, humor się polepszył i pędzimy na pociąg. I kolejna niespodzianka… Nie ma pociągów. Zamknęli stację. Łaskawie polecili nam autobus. Kolejki masakryczne. Na szczęście w naszym kierunku dużo chętnych nie było. Mieliśmy miejsca siedzące. Potem przeszło pół godziny przerwy…film mi sie urwał. I Stratford. Tam uciekły nam wszystkie taksówki. Ale na szczęście w porę zauważyliśmy, że w naszym kierunku jeździ autobus nocny. Jeszcze parę minut i w domu. Rzucam torby i lulu. Do pracy nie wstałam na czas :-) Dotarłam z godzinnym opóźnieniem, prawie szczerze informując, że niechcący zaspałam :-)
Teraz czekam na weekend, żeby odpocząć.

Dodaj komentarz