Pierwsze dni

Za mną 8 dni pracy, przede mną… wole nawet nie myśleć :-)
Teraz dopiero zaczynam doceniać weekendy.
Praca jest super. Choć niektórym może wydawać się nudna. Przychodzę na 9, robie sobie kawę i siadam do kompa. Koło 12/13 mam godzinną przerwę na lunch. Niestety z tego całego czasu pracy najszybciej zlatuje właśnie przerwa. Oprócz tej przerwy mogę wyjść się przewietrzyć, ewentualnie na papierosa :-)
Załoga to większość ludzi młodych, szef stary też nie jest ;-)
Nie ma sztywnej atmosfery, nie ma obaw żeby do kogoś zagadać w czasie pracy. W piątki darmowe piwo, wino. Pracę się kończy minimum pół godziny wcześniej i zbieramy się przy prawie okrągłym stole i gadamy :-)
Mam już za sobą imprezę integracyjną, specjalnie zorganizowaną dla nowych pracowników. Nie chciało mi się iść, bo nie przepadam za pizzą i piwem. Ale jak mus to mus :-)
Pizza nie była najlepsza, jadłam jakieś zielsko (wole nie wiedzieć co to było), ale oprócz piwa było też wino, no i zaliczyłam też deser :-) No bo wszystko na koszt firmy :-)
Tylko jednego nie rozumiem – czemu impreza była w czwartek??? Po co robić imprezy w czwartki, jak w piątki do pracy trzeba iść. No ale w sumie, co za różnica jak w Londynie ostatnie metro jeździ gdzieś po północy i jak się nie chce tłuc autobusem nocnym to trzeba wcześniej wyjść.
Na początku stresowałam się strasznie. Siedziałam tam jak na skazaniu, mięśnie spięte, że potem mnie wszystko bolało (kto by pomyślał, że od siedzenia zakwasów można dostać). Dostałam już pierwszy projekt. Dużo się muszę jeszcze nauczyć, ale ludzie są tam przyjaźni i pomocni (no może z pewnymi wyjątkami-ale to przemilczę :-) ), więc o wszystko można pytać. W okresie przyzwyczajania się do nowego otoczenia nie rozliczają mnie zbytnio z wyników pracy.
Ale przyznaję, że gorzej się pracuje tam niż w domu. Tzn. w domu jest cisza i spokój, a tam każdy chodzi, gada. Nie mogłam się skupić, proste rzeczy robiły się skomplikowane, że nie wiedziałam jak się za nie zabrać. Z każdym dniem jest lepiej. No i mam 3.5 dnia urlopu. Trzymam na święta.
Co do wstawania, to jest ciężko, ale ja chyba już zawsze będę śpiochem. A może to będzie kwestia przyzwyczajenia? Jak na razie to przez te wszystkie dni padałam. Nie umiem się zorganizować, nic nie robiłam w domu, nic mi się nie chciało, czas mi gdzieś umykał. Tylko praca, komp i spać. Dobrze że dzieci nie mam, bo bym chyba o nich zapomniała :-)

A dzisiaj wybrałam się na zakupy. Już od jakiegoś czasu szukam kurtki zimowej (nie za ciepłej, nie za cienkiej, takiej w sam raz na londyńską pogodę). No i znalazłam. Teraz jeszcze spodnie, bo chyba coś nie tak z wodą jest tutaj i mi się niektóre pokurczyły ;-) Ale jak mam chodzić po sklepach tutaj, to dostaję drgawek. Nie znoszę tłumów w sklepach. Poza tym nigdy nie lubiłam kupować spodni.

Komentarze

  1. sesill

    kochanie jak popracujesz parę lat to się przyzwyczaisz wstawać,a o dzieciach nie można zapomnieć ,a jak Ci dokuczą to za karę wyślesz je do babci. pa kocham CIĘ

    Odpowiedz
  2. Uka

    Przepracowałam ponad 30 lat i zapewniam Cię , że to “wchodzi w krew”. A początki …zawsze są trudne… Z dobrze poinformowanego źródła wiem, że idzie Ci bardzo dobrze :)
    Co do dzieci, to proponuje sporą gromadkę :)
    druga babcia tez z utęsknieniem czeka…. :)
    Pozdrawiam i trzymam kciuki.

    Odpowiedz
  3. sihaja

    Nie ma sprawy :-)
    To po ile wnuków chcą babcie??? :-)
    Żeby się przygotować. Bo realizacja może trochę potrwać.
    Tylko ostrzegam, że od razu oddaje na wychowanie ;-)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz