Knaphill, Surrey

Po 9 latach mieszkania w Londynie postanowiliśmy jeszcze raz spróbować wyprowadzić się poza Londyn. Pierwszy raz próbowaliśmy w 2012 roku, do Milton Keynes. Po około miesiącu wróciliśmy do Londynu.

No ale tym razem jest inaczej, mamy dziecko i tylko jedno z nas dojeżdża do pracy do Londynu (przynajmniej chwilowo). Nie uważam, żeby Londyn był zły dla dzieci. Rok z Natkiem tam wspominam dość dobrze i jest mnóstwo atrakcji i zajęć nawet dla tych najmłodszych. Potrzebowaliśmy większego mieszkania, a najlepiej domu z ogródkiem (żeby w razie lenistwa móc wystawić dziecko za drzwi i już ma “świeże” powietrze).

Była myśl przeprowadzenia się tylko poza centrum Londynu. Ale dla mnie to nadal tłoczne miasto i dojeżdżanie metrem do pracy. Do tego zbyt duża mieszanka kulturowa i te ceny wynajmu czy kupna.

W końcu stanęło na Surrey. Szukaliśmy naokoło miasta Woking, ale chcieliśmy gdzieś dalej od centrum. I po dość długim szukaniu idealnego domu osiedliliśmy się w Knaphill. Na początku myślałam, że to jakaś dzielnica Woking, ale potem okazało się, że to po prostu wioska:)

Jest cicho, spokojnie, głównie są tu tylko domy. Jest tzw centrum z kilkoma sklepami, duży supermarket, ale na dłuższą metę ciężko jest bez samochodu. Do centrum handlowego, na basen, do kina, na siłownię, na ciekawsze zajęcia dla dzieci trzeba dojechać samochodem.

Ludzie są tu jacyś milsi. Każdy zagaduje, uśmiecha się do dziecka, pomaga. W porównaniu do Londynu mają tu prywatne życie, a nie tylko praca. Lokalne sklepy czy inne usługi otwarte do 17:00. W niedzielę wszystko pozamykane. Chciałam wykupić sobie lekcje jazdy samochodem, to babka mi powiedziała, że tylko w tygodniu w godzinach 9-17:)

Poszłam do kina i zdziwiłam się, że nie ma automatów z biletami. Tylko (albo aż) 4 stoiska z kasjerami:) I o dziwo wszystkie otwarte mimo, że nie było dużo ludzi. Na szczęście kartą można było płacić:P

I sąsiedzi:) W Londynie przez tyle lat nie znałam sąsiadów. Tutaj w pierwszy dzień jeden z nich przyszedł się przywitać i poinformować nas o panujących “zasadach” i kto gdzie mieszka:) Ciasta niestety nie przyniósł:) Zresztą sama poszłam się przedstawić do sąsiadki obok, bo dowiedziałam się że ma dziecko w podobnym wieku. Ale sąsiedzi się przydają, np żeby pożyczyć drabinę, kiedy zatrzasną się drzwi a z drugiej strony klucze w drzwiach zostały. Na szczęście jeszcze jest ciepło i są otwarte okna:)

Ten post leżał nieopublikowany chyba przeszło miesiąc. Nie mogłam się zebrać, żeby dodać też kilka zdjęć. W końcu zdjęć i tak nie będzie, bo żadne mi się nie podobało. Dodam innym razem.

Nasze życie na wsi toczy się spokojnym torem. Leci dzień za dniem, a ja nie mogę się doczekać końca zimy. Ciemne i zimne popołudnia/wieczory z dzieckiem to masakra. W domu się sam nudzi, zajęć popołudniu jakoś nie ma, na dwór wyjść nie można, zabawki są bee, więc czepi się nogi i marudzi:)

Dodaj komentarz