Dziecko niejadek. A co to takiego?

Szkoła podstawowa, pora obiadowa.
Siedzę na stołówce i wcinam obiad z innymi dzieciakami. Udało się przekonać mamę, żeby zapisała mnie na szkolną stołówkę. Wątpię żeby ta zachcianka spowodowana była jakością serwowanych posiłków. Chodziło bardziej o kwestie społecznościowe – “bo większość dzieci je na stołówce”. W każdym razie jakiś posiłek zaliczony i na długiej przerwie się nie nudziłam.

Dom, po szkole.
Nie ma to jednak jak obiad ugotowany przez mamę. Nieważne, że jakieś 2 godziny temu jadłam w szkole. Kto by się nie skusił na pyszny domowy posiłek:) Wygląda na to, że żywienie mnie w tamtym okresie nie było zbyt opłacalne. Na szczęście mama szybko ucięła jedzenie dwóch
obiadów, czyli łącznie jakiś trzech dań. Bo nie tylko żywienie mnie byłoby nieopłacalne, ale także i ubieranie:)

Skrzyp-łup, skrzyp-łup…oto odgłos otwieranej i zamykanej lodówki. A między tymi czynnościami znikała kolejna parówka z lodówki. Rodzice nigdy mi nie powiedzieli ile takich podejść robiłam i ile parówek potrafiłam zjeść. Za to do dziś mi o tym przypominają:) Ot takie było moje podejście do odżywania. Wtedy myślałam, że ten dodatkowy balast miałam już od urodzenia:) A parówki mi się nie przejadły, do dziś je uwielbiam i to nawet na zimno.

Wspominając dawne czasy nie powinnam się dziwić skąd moje dziecko ma taki apetyt. Zdecydowanie wdał się we mnie, bo tato był strasznym niejadkiem, za którym trzeba było ganiać z talerzem. Od początku moim problemem były porcje jedzenia dla syna. Niby były jakieś wytyczne, ale on zazwyczaj chciał więcej. A w necie tylko informacje w stylu “zje ile chce”, “dziecko zdecyduje czy jest głodne”, “jak przekonać dziecko do jedzenia”, itp. No dobra, ale gdzie jest ta górna granica? Czasem owsianki zjada tyle co ja. Nie wspomnę już o jajecznicy, gdzie jedno jajko to tak troszkę za mało. A parówki…pychota…je na dwie ręce, a chleb muszę mu wciskać “na siłę”. A jak już popełnię ten błąd i nie skończę jeść pierwsza, to zaraz wyciąga ręce po moją porcję. Nie dam – to ryk jakbym go zagłodzić chciała. No ale co będę dziecku jedzenia żałować:)

Dr Google nic nie podpowiada na taką przypadłość, nie ma nic konkretnego na “sposób na głodomora”:) Próbowałam dawać mu wasabi, chrzan, ale nie daje się tak łatwo nabrać:) Nawet jak nie widzi co jest na stole to wyczuwa, że zamiast pizzy (którą my jemy) próbuję mu wcisnąć mandarynkę.

Ale tak na serio, to mam złote dziecko, jeśli chodzi o jedzenie. Mięso, ryby, warzywa, owoce – zje wszystko. Tylko czasem się zastanawiam, czy ja go aby nie przekarmiam.

Ma ktoś doświadczenie z takimi głodomorami?

Dodaj komentarz