Całkiem udany wtorek

Dzisiaj mieliśmy w pracy nieoczekiwaną niespodzianke – dla jednych była miła, dla innych zapewne nie:)
Kiedy to około godz 14 wpadłam do kuchni podgrzewać sobie lunch zabrakło prądu. Pierwsza myśl “ooo nie…nie teraz jak jestem głodna”. Ale potem dotarło do mnie i hmmm przymusowa przerwa…lunch można odłożyć na potem.

Ale to nie koniec niespodzianek. Ktoś woła, że wychodzimy z biura bo się pali. Oczywiście wszyscy się przejęli jak nie wiem co – takie “pali się” mamy co tydzień i nigdy nic sie nie dzieje. Albo nie zdążymy wyjść i koniec alarmu, albo zaraz wracamy. I może dlatego i tym razem większość ludzi nie zabrała swoich rzeczy. A tu prawdziwy pożar. W tym samym budynku, ale po drugiej stronie. Żywego ognia nie widzieliśmy, ale śmiardziało i była kupa dymu.

Postaliśmy tak chwilę, porobiliśmy zdjęcia i kazali nam wrócić za godzinę. Poszwędałam się, zjadłam coś i wróciłam. Biuro nadal zamknięte. Prądu dalej nie ma i nie można otworzyć drzwi wejściowych. Wezwali ślusarza. Ci co mieli wszystkie rzeczy ze sobą mogli iść do domu i “pracować” z domu. A reszta musiała czekać. Prądu dzisiaj i tak miało nie być. Tym sposobem byłam po 16 w domu.

Zdążyłam już zrobić sok z buraków (na podreperowanie się, bo mi się w domu szpital robi), obejrzeć ogłupiający serial, napisać posta i normalnie nie wiem co zrobić z resztą czasu:)

A ostatnio nauczyłam się, że świeżego ananasa nie dodaje się do galaretki. O kiwi wiedziałam, ale o ananasie dowiedziałam się dopiero teraz.

Dodaj komentarz