Bomby,wykolejenia…czyli koniec wakacji

Wróciłam…
W domu było fajnie…jak dla mnie u mamy zawsze najlepiej :-) . Niestety tylko pogoda nie dopisała. Ale najważniejsze, że moje kochane zwierzaki się cieszyły jak mnie zobaczyły. Ślady tej radości mam do dzisiaj.
Mama mnie dokarmiała, bo stwierdziła, że zmarniałam (a ja się cieszyłam że schudłam)…ale najadłam się na zapas samych pyszności, robionych specjalnie dla mnie :-) Mysza się śmiał, że ciągle coś jem. Ale teraz mam buty i zamierzam zacząć biegać. Oby na planach się nie skończyło :-) .
A w Londynie przywitała mnie szara (a nawet czarna) rzeczywistość…najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego, jakieś bomby, a dzisiaj metro się wykoleiło. I to linia, którą najczęściej jeżdżę; zresztą do wypadku doszło blisko naszego mieszkania. Na Mile End zawsze się przesiadamy do Central Line.
Na szczęście dzisiaj złapałam lenia (znowu) i nie pojechałam rano na angielski, więc ominął mnie ten cały bałagan. Jednak ktoś u góry czuwa nade mną :-)
Ale trzeba chyba zbierać zabawki i się stąd wynosić…chciałabym jeszcze pożyć.

Dodaj komentarz