Angielskie wesele

I pół roku za nami. Nawet nie wiem kiedy to zleciało.
Pół roku nie było mnie już w domu. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałam taką przerwę. Zaczynam już tęsknić:)

Jutro kończę okres próbny w pracy. Nic się nie zmieni prócz okresu wypowiedzenia. No i będzie mi przysługiwać prywatna opieka zdrowotna, z której zapewne nie będę korzystać, bo ciężko mnie do lekarza zaciągnąć.

W poprzednim tygodniu byliśmy na ślubie znajomych, angielsko-australijskim. Nie chciało mi się jechać, bo to jakieś 3 godz jazdy samochodem, a w dodatku w dzień powszedni, co wiązało się z dwoma dniami wolnego z pracy.
Ale przynajmniej zobaczyłam jak to wygląda tutaj. Wesele jest inne od polskiego, jak dla mnie mniej rozrywkowe:) Zaczęło się ok 14:00, skończyło przed północą. Puszczono ostatnią piosenkę, zapalono światło i “dziękujemy to koniec”. Była ceremonia zaślubin, potem szampan, kawa, herbata, przekąski. Staliśmy, gadaliśmy. Potem obiad – tradycyjnie fish & chips, czyli ryba z frytkami. Przed obiadem jeszcze przemowy: pana młodego, świadków, ojca panny młodej. Potem tort podany na serwetkach:P Piwo, kawa, herbata, stolik ze słodyczami angielskimi i australijskimi (batoniki Tim Tam są poprostu przepyszne). A potem tańce, przeplatane przekąską w postaci sera i krakersów.

Nie było żadnych głupich zabaw. Zamiast kapeli był DJ. Nie było mocniejszych alkoholi niż wino, piwo, szampan (tych darmowych). Alkohol był za friko tylko do obiadu. Potem to tylko w barze można było kupić.
Nikt nie przyniósł młodym kwiatów. Była skrzynka na wrzucanie kartek. No i nocleg trzeba było sobie załatwić samemu.
Także przyznaję, że było to ciekawe doświadczenie:)

Komentarze

Dodaj komentarz