Monthly Archives: February 2017

10 lat w UK

Piątek 2/02/2007 godzina 17:15 lotnisko Londyn Luton.
Wylądowaliśmy.
Zaczynaliśmy kolejny etap. Po drodze z lotniska chciało mi się płakać. Było ciemno, ponuro, nie wiedziałam co mnie czeka. Przygodę zaczynaliśmy w Milton Keynes.

Na drugi dzień było już lepiej. Ładna okolica, chyba nawet słońce świeciło, jakoś tak bardziej optymistycznie się wydawało. No ale co dalej? To nie wakacje i trzeba było zacząć szukać pracy. Plan był taki, że na pierwszy ogień idą magazyny. Obchód po agencjach pracy, cv, podania, formularze. Potrzebne konto bankowe i numer ubezpieczenia (NI). Pamiętam to błędne koło – nie dostaniesz pracy bez NI i konta, a konta i NI bez pracy. Po rejestracji w jednej z agencji dostałam papier, który pozwolił mi założyć konto i ubiegać się o NI.

Do tego karta sim. Tylko jak ją doładować?:) W tym celu poszłam pierwszy raz do jakiegoś sklepu a pan mi zaproponował “voucher”. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Nie pamiętam już jak się dogadałam, ale dostałam ten cały “voucher” w formie wydruku, gdzie był kod doładowujący telefon.

Po paru dniach odezwała się agencja, że mają dla mnie pracę. Do dziś pamiętam stertę pudełek z odrobacznikami dla królików, które musiałam przepakować do większego pudła. I tak 8 godzin przez kilka dni. Cały dzień w pomieszczeniu bez okien i z kiepskim zasięgiem w telefonie. Już pierwszego dnia całkiem się rozładował i miałam problem z powrotem do domu. Umówiłam się z Bartkiem, że po mnie przyjedzie, ale pomyliłam wyjścia. Nie mogliśmy się znaleźć, nie znałam drogi powrotnej do domu (bo to na jakimś zadupiu było – przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Próbowałam złapać autobus, ale się nie zatrzymał. Nie znałam żadnego numeru telefonu, żeby z czyjegoś telefonu zadzwonić. Stałam w ciemności na przystanku autobusowym i zastanawiałam się co dalej.

Po kilku dniach zmieniłam magazyn. Łatwiej było, bo ze znajomymi. Tak jak wtedy narzekałam, że siedzę w miejscu, tak potem że ciągle chodzę. “Picking packing” – to było moje nowe zajęcie. Czyli chodzenie z wózkiem i skanerem i kompletowanie zamówień. Już po jednym dniu współczułam ludziom, którzy pracowali tam dłużej i zastanawiałam się jak oni mogą tak codziennie. Deprecha murowana:) Ja już wiedziałam, że dla mnie to tylko przejściowe zajęcie. Przed nami była przeprowadzka do Londynu. Bartek dostał pracę, wystarczyło tylko znaleźć mieszkanie.
Nie znoszę starych domów, kamienic, itp. Dlatego szukanie mieszkania w Londynie mnie przerażało. Z ograniczonym budżetem myślałam, że tylko na jakąś norę nas stać. W dodatku bez referencji. Po kilku widzeniach chciałam płakać. Miałam już wizje spania na Victoria Station:)

No to zaczęliśmy przygodę w Londynie. Bartek zaczął prace, a ja poszukiwania pracy. I tu dopiero była jazda bez trzymanki. Chciałam znaleźć coś bardziej ambitnego niż magazyn. Zaczęłam wysyłać cv. No ale co ja umiałam? Same studia, bez doświadczenia. W dodatku dość kiepski język. Sama nie wiedziałam, co chcę robić. Mijały tygodnie i nic. Zaczęłam się jednak rozglądać za jakąkolwiek pracą. I dostałam ofertę pracy przy sortowaniu suszonych daktyli. I od tej pory omijam daktyle szerokim łukiem:) Bez jakiegoś specjalnego ubrania, bez rękawiczek, z pomalowanymi paznokciami mieszałam rękami daktyle. Trochę lakieru w nich zostało:) Długo tam nie popracowałam, bo aż pół dnia…i zwiałam:) Po prostu w czasie przerwy poszłam sobie do domu:) Takie profesjonalne to było. Na szczęście żadnej umowy jeszcze nie podpisałam. Wiadomo kasy za to nie dostałam, ale wtedy bardziej bałam się zadzwonić do agenta i powiedzieć mu, że rezygnuje.

I szukałam dalej. A w tym czasie zaczęłam się uczyć jak robić strony internetowe. Wciągnęło mnie to na dobre i do dziś nie żałuję tego kroku. Złożyłam cv do firmy, w której Bartek wtedy pracował na pozycje juniora. I dali mi szansę. Zatrudnili mnie na pełny etat i dali czas na podszkolenie swoich nowych umiejętności. I to właśnie lubię w Anglii – nie musisz znać perfekcyjnie angielskiego, nie musisz mieć dyplomu (swojego nigdy nie pokazywałam) ani 10-letniego doświadczenia, a i tak znajdzie się firma, która da ci szansę. Przepracowałam tam jakieś 6 lat.

W trakcie tych 6 lat przeprowadziliśmy się 5 razy, w tym raz poza Londyn. Niestety mieszkanie w Milton Keynes (bo tam się przeprowadziliśmy) i dojeżdżanie do Londynu, to była masakra. Ja wiem, że większość ludzi tak dojeżdża, ale to nie było dla nas. Po co płacić za dom i w nim tylko spać i spędzać weekendy? W dodatku ceny biletów na pociąg powalały. I te ciągle opóźnione pociągi. Po około miesiącu wróciliśmy do Londynu.

Po tylu latach pracy w jednej firmie zachciało mi się zmian. Ale tym razem miałam zawód i wiedziałam, czego szukać. Oferta wyglądała super, niestety na miejscu okazało się, że mówili swoje, a robili co innego (a raczej nie robili nic). Miało być biuro w Londynie, a przez 3 miesiące pracowaliśmy w mieszkaniu. Łącznie nas tam była trójka, a często byłam sama. Mieli zatrudnić więcej ludzi, ale nic się nie działo. Przez pierwsze 3 miesiące miałam tylko 2-tygodniowy okres wypowiedzenia. Wykorzystałam to, żeby szybciej zrezygnować. Nie wyobrażałam sobie wytrzymać tam dłużej, jeśli po kilku tygodniach miałam dość swojej pracy.

No to szukałam dalej. Tym razem zajęło mi to jakieś 6 miesięcy. Wysyłałam cv, chodziłam na rozmowy, robiłam testy sprawdzające i wybrzydzałam:) Bo zła lokalizacja, małe biuro, mała firma, sami faceci, bo intuicja podpowiada że nie, itd. Ale w sumie warto było czekać. Znalazłam firmę – duża, w centrum, wiele się nauczyłam i poznałam świetnych ludzi. W sumie fajnie się tam pracowało, ale już nie wróciłam po macierzyńskim. Kto wie, może jak będę znowu szukać pracy to do nich zapukam.

Przyjechaliśmy tu tylko na rok, no może dwa lata. Minęło 10 lat…wooow. Jest nas już trójka. Wyprowadziliśmy się w końcu poza Londyn, gdzie mamy domek z ogródkiem. Nie wyobrażam już sobie mieszkać w małym mieszkaniu w centrum Londynu. Tęsknie czasem, ale odkąd tu mieszkamy to nie byłam ani razu w Londynie:)

Oto moje małe podsumowanie tych 10 lat; tak na pamiątkę, żeby nie zapomnieć tej okrągłej rocznicy:) Dużo więcej się działo, części już nie pamiętam, dużo się też podróżowało. Mam nadzieję, że kolejna dziesiątka będzie bardziej zabawna z tym małym brzdącem:)