Monthly Archives: December 2016

Dziecko niejadek. A co to takiego?

Szkoła podstawowa, pora obiadowa.
Siedzę na stołówce i wcinam obiad z innymi dzieciakami. Udało się przekonać mamę, żeby zapisała mnie na szkolną stołówkę. Wątpię żeby ta zachcianka spowodowana była jakością serwowanych posiłków. Chodziło bardziej o kwestie społecznościowe – “bo większość dzieci je na stołówce”. W każdym razie jakiś posiłek zaliczony i na długiej przerwie się nie nudziłam.

Dom, po szkole.
Nie ma to jednak jak obiad ugotowany przez mamę. Nieważne, że jakieś 2 godziny temu jadłam w szkole. Kto by się nie skusił na pyszny domowy posiłek:) Wygląda na to, że żywienie mnie w tamtym okresie nie było zbyt opłacalne. Na szczęście mama szybko ucięła jedzenie dwóch
obiadów, czyli łącznie jakiś trzech dań. Bo nie tylko żywienie mnie byłoby nieopłacalne, ale także i ubieranie:)

Skrzyp-łup, skrzyp-łup…oto odgłos otwieranej i zamykanej lodówki. A między tymi czynnościami znikała kolejna parówka z lodówki. Rodzice nigdy mi nie powiedzieli ile takich podejść robiłam i ile parówek potrafiłam zjeść. Za to do dziś mi o tym przypominają:) Ot takie było moje podejście do odżywania. Wtedy myślałam, że ten dodatkowy balast miałam już od urodzenia:) A parówki mi się nie przejadły, do dziś je uwielbiam i to nawet na zimno.

Wspominając dawne czasy nie powinnam się dziwić skąd moje dziecko ma taki apetyt. Zdecydowanie wdał się we mnie, bo tato był strasznym niejadkiem, za którym trzeba było ganiać z talerzem. Od początku moim problemem były porcje jedzenia dla syna. Niby były jakieś wytyczne, ale on zazwyczaj chciał więcej. A w necie tylko informacje w stylu “zje ile chce”, “dziecko zdecyduje czy jest głodne”, “jak przekonać dziecko do jedzenia”, itp. No dobra, ale gdzie jest ta górna granica? Czasem owsianki zjada tyle co ja. Nie wspomnę już o jajecznicy, gdzie jedno jajko to tak troszkę za mało. A parówki…pychota…je na dwie ręce, a chleb muszę mu wciskać “na siłę”. A jak już popełnię ten błąd i nie skończę jeść pierwsza, to zaraz wyciąga ręce po moją porcję. Nie dam – to ryk jakbym go zagłodzić chciała. No ale co będę dziecku jedzenia żałować:)

Dr Google nic nie podpowiada na taką przypadłość, nie ma nic konkretnego na “sposób na głodomora”:) Próbowałam dawać mu wasabi, chrzan, ale nie daje się tak łatwo nabrać:) Nawet jak nie widzi co jest na stole to wyczuwa, że zamiast pizzy (którą my jemy) próbuję mu wcisnąć mandarynkę.

Ale tak na serio, to mam złote dziecko, jeśli chodzi o jedzenie. Mięso, ryby, warzywa, owoce – zje wszystko. Tylko czasem się zastanawiam, czy ja go aby nie przekarmiam.

Ma ktoś doświadczenie z takimi głodomorami?

10 lat bloga

Wow. Sama nie mogę w to uwierzyć. Dzisiaj dokładnie mija 10 lat kiedy napisałam pierwszego posta. Jak do nich teraz wracam, to płakać mi się chce, co ja tam wypisywałam:) Już kilka razy chciałam go skasować, zacząć od nowa, ale zawsze mi szkoda. Nieważne jaki tekst, ale tyle lat wspomnień. Akurat na starość do poczytania:)

Bloga postanowiłam założyć jak zdecydowaliśmy się na wyjazd do UK (tak, tu też już mija niedługo 10 lat – ale o tym będzie osobny post). Pierwsza notka była pisana w wynajmowanej kawalerce, na moim pierwszym laptopie. Byłam po studiach, po kolejnej “załamce” odnośnie szukania pracy i w trakcie stażu w kadrach w Zakładach Mięsnych. Swoja drogą ten staż był ciekawy – dotąd pamiętam te ręcznie pisane cv na posadę rzeźnik-ubojowiec, gdzie jedynym wymaganiem było wykształcenie podstawowe. Kurcze gdybym pamiętała więcej szczegółów to mogłabym sklecić posta.

Przez te lata wyszło mi 431 postów. To prawie jeden post na tydzień. Gdybym tylko pisała regularnie to może więcej was by tu zaglądało:)

Z każdym nowym rokiem obiecuje sobie, że będę pisać regularnie. Tym razem zapewne też tak będzie:) Ale napewno częściej coś wrzucam na instagram

Knaphill, Surrey

Po 9 latach mieszkania w Londynie postanowiliśmy jeszcze raz spróbować wyprowadzić się poza Londyn. Pierwszy raz próbowaliśmy w 2012 roku, do Milton Keynes. Po około miesiącu wróciliśmy do Londynu.

No ale tym razem jest inaczej, mamy dziecko i tylko jedno z nas dojeżdża do pracy do Londynu (przynajmniej chwilowo). Nie uważam, żeby Londyn był zły dla dzieci. Rok z Natkiem tam wspominam dość dobrze i jest mnóstwo atrakcji i zajęć nawet dla tych najmłodszych. Potrzebowaliśmy większego mieszkania, a najlepiej domu z ogródkiem (żeby w razie lenistwa móc wystawić dziecko za drzwi i już ma “świeże” powietrze).

Była myśl przeprowadzenia się tylko poza centrum Londynu. Ale dla mnie to nadal tłoczne miasto i dojeżdżanie metrem do pracy. Do tego zbyt duża mieszanka kulturowa i te ceny wynajmu czy kupna.

W końcu stanęło na Surrey. Szukaliśmy naokoło miasta Woking, ale chcieliśmy gdzieś dalej od centrum. I po dość długim szukaniu idealnego domu osiedliliśmy się w Knaphill. Na początku myślałam, że to jakaś dzielnica Woking, ale potem okazało się, że to po prostu wioska:)

Jest cicho, spokojnie, głównie są tu tylko domy. Jest tzw centrum z kilkoma sklepami, duży supermarket, ale na dłuższą metę ciężko jest bez samochodu. Do centrum handlowego, na basen, do kina, na siłownię, na ciekawsze zajęcia dla dzieci trzeba dojechać samochodem.

Ludzie są tu jacyś milsi. Każdy zagaduje, uśmiecha się do dziecka, pomaga. W porównaniu do Londynu mają tu prywatne życie, a nie tylko praca. Lokalne sklepy czy inne usługi otwarte do 17:00. W niedzielę wszystko pozamykane. Chciałam wykupić sobie lekcje jazdy samochodem, to babka mi powiedziała, że tylko w tygodniu w godzinach 9-17:)

Poszłam do kina i zdziwiłam się, że nie ma automatów z biletami. Tylko (albo aż) 4 stoiska z kasjerami:) I o dziwo wszystkie otwarte mimo, że nie było dużo ludzi. Na szczęście kartą można było płacić:P

I sąsiedzi:) W Londynie przez tyle lat nie znałam sąsiadów. Tutaj w pierwszy dzień jeden z nich przyszedł się przywitać i poinformować nas o panujących “zasadach” i kto gdzie mieszka:) Ciasta niestety nie przyniósł:) Zresztą sama poszłam się przedstawić do sąsiadki obok, bo dowiedziałam się że ma dziecko w podobnym wieku. Ale sąsiedzi się przydają, np żeby pożyczyć drabinę, kiedy zatrzasną się drzwi a z drugiej strony klucze w drzwiach zostały. Na szczęście jeszcze jest ciepło i są otwarte okna:)

Ten post leżał nieopublikowany chyba przeszło miesiąc. Nie mogłam się zebrać, żeby dodać też kilka zdjęć. W końcu zdjęć i tak nie będzie, bo żadne mi się nie podobało. Dodam innym razem.

Nasze życie na wsi toczy się spokojnym torem. Leci dzień za dniem, a ja nie mogę się doczekać końca zimy. Ciemne i zimne popołudnia/wieczory z dzieckiem to masakra. W domu się sam nudzi, zajęć popołudniu jakoś nie ma, na dwór wyjść nie można, zabawki są bee, więc czepi się nogi i marudzi:)