Monthly Archives: September 2015

3 tygodnie

Dzisiaj mija 3 tygodnie jak nasze życie wywróciło się do góry nogami. Sama nie wiem, kiedy to zleciało, a zwłaszcza pierwsze dwa tygodnie. Każdy dzień jest podobny do siebie, zaczyna się już czasem o 5 rano, a i tak za chwilę jest już wieczór. Wszystko kręci się między pieluchami, karmieniem i dosypianiem. Nagle się okazuje, że nie potrzebujesz 10 godzin snu i przeżyjesz dzień na samym śniadaniu.

Jedzenie to osobny problem. Tutaj zderzają się dwie teorie: polska i angielska. Polskie przekonanie to żyć (przynajmniej pierwszy miesiąc) na samym kurczaku (pieczonym oczywiście) z ryżem. Absolutny zakaz jedzenia truskawek, owoców cytrusowych, innych owoców pestkowych. Pomidory też niby uczulają. Czekolada – owszem ale kosteczka raz w tygodniu:) Czyli wszystko wyeliminować na wstępie i wprowadzać stopniowo.
Co na to położna w UK? Jak jej to powiedziałam, to popatrzyła na mnie dziwnie i zapytała skąd wzięłam takie informacje:) Jeść mogę wszystko od samego początku, ale mam obserwować dziecko. Jeśli mi dany produkt nie szkodzi, to nie muszę z niego rezygnować. I szczerze mówiąc angielskie podejście bardziej mi się podoba. Nie dość, że tyle trzeba znosić w pierwszych miesiącach to jeszcze nie można sobie jedzeniem tego wynagrodzić:)

W czasie ciąży naczytałam się o samych plusach karmienia piersią. Że to takie magiczne doświadczenie matka-dziecko, że tworzy się więź z dzieckiem, że to dużo wygodniejsze, ble ble ble. Serio??? To tak samo jak mi ktoś powie, że ciąża to stan błogosławiony i najpiękniejszy okres w życiu kobiety. Piękny to on może był, bo nie musiałam do pracy chodzić:) No ale wracając do karmienia, to jest to najbardziej męczące doświadczenie. Miłe też nie jest, zwłaszcza jak taki mały ssak cie dziabnie. Zdecydowanie prościej jest zalać wodą mleko w proszku. Nawet z przygotowaniem butelki cały proces karmienia trwa połowę krócej. No i można się podzielić z partnerem, a nie że tylko ja chodzę jak zombi:)

Dzisiaj właśnie jest zombi-dzień. Mały drugą część nocy dawał czadu. Głowa mi pęka i nawet dosypianie w dzień nie pomaga. Na dworze już drugi dzień leje, więc pogoda nie sprzyja poprawie nastroju. Muszę wykombinować jakiś sposób na spacery w deszczu, bo inaczej całą jesień mogę w domu przesiedzieć.

Wtorek 1/09/2015

I to był ten dzień. 5 dni przed przewidywaną datą. Obudziłam się rano z dziwnymi skurczami. Z dziwnymi bo wcześniej takich nie miałam. Pomyślałam sobie “ooo mały zaczyna się przygotowywać do wyjścia. To muszą być jakieś skurcze przepowiadające”. Choć w sumie sama nie wiedziałam (i nadal nie wiem) jak wyglądają te skurcze przepowiadające. Ale jeszcze wtedy myślałam, że będzie kilka skurczy i jakaś akcja za kilka dni ewentualnie się rozkręci. Zrobiłam śniadanie, Bartka do pracy wysyłałam, “bo to nic takiego, na pewno zaraz przejdzie, czuję się ok”.

Na szczęście mnie nie posłuchał i został, bo ból się nasilał i tak już zostało, aż pojechaliśmy do szpitala. Czekając na badanie już prawie umierałam i zaczynałam myśleć o znieczuleniu:) Cała wieczność minęła zanim ulokowali mnie w pokoju do rodzenia. Potem to już było gorzej. Tak się zapierałam przed znieczuleniem, ale nie wytrzymałam. Było mi wszystko jedno, gdzie i co będą mi wbijać – byle nie bolało:) I wbicie igły w plecy nie bolało ani trochę. Gorzej było z wkłuciem w dłoń, żeby podawać kroplówki. To bolało, było niewygodne i musiałam to mieć przez cały pobyt w szpitalu.

Ból minął, ale małemu spadł puls i nagle w pokoju zaroiło się od ludzi. No i postanowili, że jednak będzie cesarka. To było bardzo dziwne uczucie. Nic nie bolało, ale czułam jak mi grzebali w brzuchu. Miałam wrażenie, że mam rozpruty cały brzuch. A najbardziej się bałam pierwszego nacięcia, że źle mnie znieczulili i poczuje skalpel…brrrr
Starałam się nie myśleć co mi tam robią, ale wyobraźnia podpowiadała swoje. Wyciągnięcie dziecka trwało chwilę, ale zszycie mnie potem to już wieczność. To była moja pierwsza wizyta w szpitalu (w całym życiu) i musiało się od razu tak skończyć:)

Na szczęście do domu wypisali nas na drugi dzień. Inaczej umarłabym tam z głodu – na śniadanie tost z dżemem i mleko. Bartek ze mną był przez cały czas pobytu w szpitalu, nawet podczas cesarki. Będąc znieczulonym od pasa w dół to było bardzo pomocne. Sama nie byłam nawet w stanie podnieść dziecka.

Dzisiaj mija dokładnie 2 tygodnie. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Wszystko między pieluchami, karmieniem i spaniem. Jak zawsze początki są najgorsze. Mały nie chciał spać w łóżeczku (ale spał bez lulania w wózku), były problemy z karmieniem, nieprzespane noce, ja ledwo chodziłam i takie tam pierwsze problemy każdych rodziców. Teraz już jest lepiej; nadal nie dosypiam, ale w dzień mam czas na ciepłą kawę:)