Monthly Archives: May 2015

Pierwszy tydzień za mną

Pierwszy tydzień urlopu zleciał szybciorem. Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze tyle wolnego przede mną. Fakt, brzucho rośnie i utrudnia życie, ale mimo wszystko w domu jest lepiej. Nie chodzę już jak zombi, wysypiam się, nie bolą nogi i plecy. Poprawiła mi się dieta, bo mam czas gotować coś bardziej zdrowego. Nie podjadam tyle słodyczy co w pracy. Same plusy:)

Ale usiedzieć na tyłku też nie potrafię. Zrobiłam pierogi ruskie, upiekłam ciastka, zaczęłam robić porządki w szafkach w kuchni no i zaczęłam powoli kompletować wyprawkę dla malucha. Plan mam ułożony, część rzeczy mam obmacane w sklepie, więc teraz tylko kupować z głową:)

Jak dobrze pójdzie to od poniedziałku śmigam na jogę dla ciężarówek. Na próbę, żeby zobaczyć czy mi się spodoba. Za normalną jogą jakoś nie przepadam, ale w tym wypadku mało ćwiczeń mam do wyboru.

Maluch też ma się dobrze. Uprawia tam jakieś sporty ekstremalne, bo wierci się strasznie i to głównie jak zamierzam iść spać. Już się boję, co będzie jak urośnie. I już sobie robi jaja z tatusia, bo jak tylko podejdzie, żeby poczuć jak kopie, to ten się uspokaja:)

Jeden dzień i urlop

Jeszcze jedna pobudka o 7 rano; 3 godziny dojazdów do pracy; około 11 godzin w biurze (licząc dzisiejszy dzień) i długi urlop.

Serio, podziwiam kobiety które pracują do ostatnich tygodni ciąży. Wcześniej myślałam, że to będzie jakoś łatwiej. Że jak mdłości miną, to reszta to z górki. A siedząca praca biurowa to nie będzie wielkie wyzwanie. W rzeczywistości wygląda to jednak trochę inaczej.

Zmęczenie i ciągłe spanie, które dopadło mnie na samym początku ciąży nie odpuszcza do dziś. Po całym dniu w pracy moim marzeniem jest kolacja i łóżko. Godzina 21, najpóźniej 22 to już pochrapywanie i przewracanie się na drugi bok:) Przesypiam całą noc, a mimo to pobudka o 7 rano to jakaś masakra. Jak już trochę się dobudzę, to w drodze do pracy autobus znowu mnie przymuli i tak jak zombi działam prawie cały dzień.

Długo nad tym myśleliśmy, ale z każdym dniem coraz bardziej przekonuje się, że szybszy urlop to jednak dobre rozwiązanie. Zwłaszcza, ze pierwszy miesiąc to mój zwykły, płatny urlop, który muszę wykorzystać przed macierzyńskim. Co będzie za rok, będę się martwić potem.

Teraz tworzę listę “rzeczy do zrobienia” na czas wolnego. I plany mam wielkie:) Znając życie będzie gorzej z wykonaniem. Prócz generalnych porządków w kuchni i sypialni zamierzam zapisać się na jogę dla ciężarówek. No i oczywiście czas zacząć kompletować wyprawkę. Ale o tym następnym razem.

A w pracy nudy przez wielkie “U”. Od tygodni, a nawet chyba od miesięcy nie ma projektów. Próbują zabijać czas jakimiś wewnętrznymi zadaniami, ale mało to ciekawe. Dlatego tym bardziej spędzanie tu 8 godzina to jak kara. Zero motywacji do codziennego wstawania.