Monthly Archives: March 2015

Kolejne tygodnie za mną

Jeszcze niedawno czekałam na 8 tydzień, a tu już wybił 17. Tydzień temu miałam kolejną wizytę u GP. Zmierzyła mnie, zważyła i co mnie zaskoczyło, posłuchała bicia serca bąbla. Bo ja ciągle mam wątpliwości, czy on/ona dalej sobie siedzi w środku:) Ale to chyba przez to, że miałam trochę inne wyobrażenie o ciąży, a zwłaszcza o wielkości brzucha w tym czasie. Wiem wiem, wszystko przede mną, ale myślałam, że szybciej będę już taka beczkowata:) To takie pozytywne zaskoczenie.

Domyślam się też, że wszystkie te ciążowe problemy są przede mną, bo jak narazie (tfu tfu) prócz senności to wszystko działa jak powinno. Ale spać zawsze lubiłam, to przynajmniej mam wymówkę, żeby nic nie robić w domu i iść spac po 20:)

Najgorzej to w pracy, żeby wysiedzieć te 8 godzin. W dodatku nawału pracy nie ma, więc nie ma czym się zająć. Nie mogę nawet bimbać od kawy do kawy, bo ani kawa ani herbata mi nadal nie wchodzi:)

Ale jutro już urlop i śmigamy do Polski na parę dni. Już się nie mogę doczekać jak się dopadnę do barszczu wielkanocnego:) Mam tylko nadzieję, że ochota mi nie przejdzie po jego powąchaniu:P Aaa no i do pączka jeszcze i drożdżówkę z serem, ktróre za mną chodzą już od tłustego czwartku:)

GP pomocny jak zawsze

No dobra…test zrobiony, jeden, drugi, trzeci, czwarty. Co dalej? Jedyne co wiedziałam to udać się do GP. Zarejestrowałam się jak najszybciej, ale nie liczyłam na nic konkretnego. I tak też było. Jedyne co, to został wypełniony formularz z moimi danymi i miał być wysłany do szpitala. Między 8 a 12 tygodniem ciąży miałam dostać list/telefon ze szpitala z terminem pierwszego usg.

I tak sobie czekaliśmy do końca 11 tyg i cisza. Zadzwoniłam po szpitala, a oni “sorry nie mamy Pani w systemie”. Suuuper. Dzwonie do GP i się okazuje, że zapomnieli wysłać mojego formularza do szpitala. A to tylko jedno kliknięcie na kompie!!! No nic…już ma być załatwione i mają się odezwać z terminem w ciągu dwóch dni. Taaaa…jasne. Znowu cisza.

Znowu telefon. Termin został ustalony przez jedną z położnych. Uff

Poszliśmy do szpitala, a tam znowu zonk, bo nie dostali moich danych od GP. Tym sposobem spędziliśmy tam z 3 godz, głównie czekając i wypełniając wszystkie papiery (co powinien zrobić GP).
Na szczęście wszystkie badania zrobili, a wyniki są ok.

Mimo to postanowiłam iść do polskiego lekarza, tak na wszelki wypadek. Zrobił dodatkowe testy, itp. I wszystko by było ok, żylibyśmy sobie w zgodzie, gdyby nie to, że jednego dnia przysyłają mi wyniki, że mam się skontaktować z lekarzem, bo mam niski poziom hormonu. I zero załącznika z wynikami. Grrr… Panika, dr Google przepowiada najgorsze jak zawsze. A tu weekend i trzeba czekać, planując jak tu najszybciej powtórzyć badania.

W poniedziałek do nich dzwonie z prośbą o podanie mi dokładnego wyniku, a oni do mnie “przepraszamy, ale nastąpiła pomyłka; to nie pani wyniki; nie miała pani nawet badanego poziomu hormonów; koleżanka się pomyliła ble ble ble”. Aaaaaaaaaaaa… byłam wściekła i szczęśliwa jednocześnie:)

Od teraz mam nadzieję, że już nie będzie żadnych niespodzianek:)

No i ślub odwołany

Cały tydzień zalegam w domu na kanapie i próbuje pozbyć się przeziębienia. Muszę przyznać, że ciężko tak się leczyć bez leków, jedynie sokiem malinowym, czosnkiem i syropem z cebuli. Do tego ten katar, grrrr.

Sama nie wiem od czego zacząć. Nie było mnie trochę, ale zupełnie nie miałam siły dosłownie na nic. W ostatnich tygodniach mój plan dnia wyglądał mniej więcej tak: wstać – przetrwać – iść spać. A wszystko przez to, że ktoś tam, gdzieś tam postanowił, że przez jakiś czas pobędę sobie takim żywym chodzących inkubatorem:) Czyli czas na wyhodowanie sobie potomka:)

Tym samym ślub w tym roku odwołany. Trzeba pomyśleć nad nową datą. Ale się nie pali, bo wcześniej trzeba pomyśleć nad większym autem, wózkiem, łóżeczkiem i przemeblowaniem naszej sypialni.

Pierwszy trymestr już za mną. Nie było źle, ale nudności dokuczały, zwłaszcza w pracy w czasie lunchu, kiedy biuro zamienia się w śmierdzącą stołówkę. Teraz na moment wyszłam na prostą, gdyby nie przeziębienie nie czułabym że mam pasażera. Najlepsze jest z jedzeniem, bo mi się wszystko wywróciło do góry nogami. Nie ciągnie mnie do słodyczy (na początku nawet odrzucało), nie lubię kawy, herbaty, makaronów (bez których sobie życia nie wyobrażałam), kurczak też nie jest moim faworytem. Teraz wolę czerwone mięso (mielone, schabowe, steki, mniammm) no i ziemniaki i biały ryż, a i chleb (kanapki mogłabym jeść na śniadanie, obiad, kolacje). I mimo, że jem więcej to waga się trzyma, a nawet minimalnie spada:) Wnioskuje, że to jednak słodycze mnie gubiły.

Ale bez zamieszania u lekarza się nie obyło. Dostarczyli nam trochę stresu już na samym początku, jeszcze przed badaniami. Ale o tym następnym razem.