Monthly Archives: January 2015

Nowy Jork #1

Nowy Jork planowaliśmy już odwiedzić 2 lata temu. Ale po tym jak mój nie-mąż, po powrocie z konferencji w Vegas, zaczął opowiadać jak tam jest, to stwierdziłam że ja tam muszę jechać i to natychmiast:) (tutaj relacja z Vegas, LA, San Francisco). I tym sposobem NY został odłożony na potem, czyli listopad 2014.

Ceny za loty nie były wygórowane w tym miesiącu. Skorzystaliśmy też z opcji lot + hotel i okazało się, że jest to w tej samej cenie co airbnb (serwis, w którym możesz wynająć zwykłe mieszkanie/pokój na krótki czas). A jednak hotel to hotel, a nie czyjeś mieszkanie. No i na Manhattanie, jakieś 5min piechotą od Central Parku.

Spędziliśmy tam taki przedłużony weekend, bo od soboty do środy. Nie zobaczyliśmy wszystkiego, ale wszystko to co chcieliśmy, czyli te znane z książek czy mediów miejsca. Staraliśmy się chodzić na piechotę, żeby zobaczyć jak najwięcej. I tym sposobem zeszliśmy około 70km.

Ale bez przygód się nie obyło. Już na lotnisku w duszy była panika… wpuszczą, nie wpuszą, a jak mnie cofną na granicy, itp. Wiadomo jak to jest z Amerykańcami:) Ale pytań nie zadawali i dostaliśmy karty pokładowe. Jeeej… Hmmm tylko czemu na mojej są jakieś literki “SSS”??? Czyżbym była 3 razy super?:) Niestety, super to mi zrobili ale przeszukanie przed wejściem do samolotu. Pani na boczek, wypakować wszystko z torebki, włączyć aparat, telefon, ipada, otworzyć puder, odkręcić długopis, pokazać co w portfelu. Nie, rozbierać się nie musiałam…uff dziękuję że nie było tam czwartego S:)

A na lotnisku w NY czekam i czekam na swój bagaż i nie ma. Przeszukałam lotnisko i nic. W informacji nam powiedzieli, że mój bagaż się nie zmieścił do samolotu (???) i przyleci na drugi dzień. Że kurde co??? Jaja sobie robią? Ale nie ma co płakać, mogło być gorzej. Najważniejsze że wiedzą gdzie jest. Ale za to dostanę $150 do wydania na potrzebne mi rzeczy osobiste. Zawsze jak gdzieś jedziemy to pakujemy ubrania na pół, w razie zaginięcia jednego bagażu. Dlatego pierwsze co, po zameldowaniu w hotelu poleciałam na zakupy wydać te 150 dolców na najpotrzebniejsze mi kosmetyki:)

A torba faktycznie przyjechała na drugi dzień, tylko że nieźle przetrzepana w środku. Razem ze mną została przeszukana i po prostu nie zdążyła na lot:)

Jakoś tak dużo mi tego wyszło, dlatego reszta (plus zdjęcia) w następnym poście.

Miłego tygodnia…jeszcze 5 dni i weekend:)

Przygotowania do ślubu ciąg dalszy


– Nie będziesz nosić obrączki na co dzień?
– I co jeszcze? Nosić nazwisko męża? Nie przesadzajmy.
– To po co bierzesz ślub?
– Marzę o tym, żeby móc powiedzieć, odbierając telefon: “Chwileczkę, już daję męża”

źródło “Bądź paryżanką gdziekolwiek jesteś”

Nie nie, o ślubie nie zapomniałam. W czasie urlopu w Polsce byłam na pierwszych przymiarkach sukni ślubnej. Po 2 godzinach i przymiarkach około 20 sukienek wybrałam ostatnią. I jestem w szoku, bo to był pierwszy salon, do którego poszłam. I kupiłam taką, jaką chciałam. I bezą napewno nie będę:) Zaliczka zapłacona, sukienka będzie za jakieś 5 miesięcy (zapewne z Londynu jedzie:)).

Zamówiłam też próbki torta. Niestety cukiernia mnie trochę rozczarowała. Pomijam, że torty były niezbyt dobre, a biszkopt to taki klejuch, ale jak można nie podpisać próbek? Na szczęście tort nie powalił mnie na kolana i nie musiałam się aż tak denerwować brakiem karteczek.

Tak samo rozczarowałam się próbnym makijażem. Miał być delikatny, lekko rozświetlający oko, a wyszłam z 10 lat starzej, z czarną grubą krechą. W dodatku liczyłam na efekt photoshopa jeśli chodzi o moje sińce pod oczami, ale o to chyba muszę poprosić fotografa:)
Zresztą fotografa mamy tak dobrego, że po co ja się martwię makijażem:)

Obrączki też wybrane i przymierzone. Ale jeszcze nie zamówione. Też trzeba czekać z 6 tygodni.

Happy New Year 2015

To miał być ostatni wpis w 2014, ale przecież nie byłabym sobą, jakbym go napisała zgodnie z planem. Napisałabym, że w nowym roku się poprawię i będę regularnie pisać, ale nie chcę, żeby mi ktoś potem kłamstwo zarzucił:) Wiadomo jak to bywa z tą systematycznością.

Święta zleciały szybciorem, a cały urlop tym bardziej. Właśnie dzisiaj jest mój pierwszy dzień pracy w nowym roku. Ciężko było się zebrać, ale jak widać po tym wpisie, nawału pracy nie ma. Już się zastanawialiśmy jaki to film by obejrzeć.

Wracając do świąt, to coraz częściej się zastanawiam, po co to całe zamieszanie. Sprzątanie, gotowanie, zakupy, głowienie się nad prezentami (bo przecież wszyscy wszystko mają, albo kupują od ręki jak potrzebują), a potem kolacja i po jakiejś godzinie już po wszystkim. Przez kolejne dni jedzenie i oglądanie telewizji. Może jak ktoś ma dużą rodzinę i każdy dzień spędzony u innej cioci, to coś zmienia. Nie…jednak nie dla mnie…już wolę siedzieć w domu i oglądać Kevina:) Taka ja nierodzinna:) W następnym roku chyba trzeba zarządzić jakiegoś grila na śniegu i będzie po kłopocie:)

Na koniec jeszcze easyjet zaserwował nam niespodziankę w postaci anulowanego lotu. Pamiętacie incydent z samolotem na Gatwick, który miał coś nie tak z podwoziem i musiał lądować? To właśnie przez niego, choć nie wiem czemu, bo samolot wylądował bez problemu. A my na lotnisku w Berlinie, 2 godziny przed odlotem dowiadujemy się, że dzisiaj lotu nie ma. “Proszę się ustawić do tej gigantycznej kolejki i wrzucą was na jutrzejszy lot.” I wielka rozpacz, że mi się pierogi w torbie popsuja:)

Godzinę przed wylotem kupiliśmy drugi bilet (plus oczywiście wszelkie dopłaty za bagaż, bo nie może być tak, że wszystkie linie mają ten sam limit). Na nasze szczęście lot był opóźniony. Tylko, że na inne lotnisko. I nie ma to jak pojechać sobie wygodnie autkiem na lotnisko, żeby bagaży nie dźwigać. A tu nie dość, że trzeba tłuc się pociągiem, to jeszcze na drugi dzień trzeba było odebrać samochód.

Jakoś to przeżyliśmy, teraz najgorsza część – wyciąganie kasy od easyjeta:)