Monthly Archives: June 2014

Race for Life 2014, Londyn

Jedno z postanowień noworocznych zrealizowane. Bieg na 5km zaliczony. Czas był lepszy niż zakładałam – 35min 58sek. I jak na mnie to całkiem nieźle. Zwłaszcza, że z bieganiem polubiłam się dość niedawno.

Całe wydarzenie było dość dobrze zorganizowane. Rejestracja online, numerek przyszedł pocztą, więc nie było żadnego zapisywania się w dniu biegu. Podział na 3 grupy: ci co biegną, marszo-biegną i idą. I dobrze zrobiłam, że zdecydowałam się iść do tej pierwszej, bo pierwsi wybiegliśmy i wszystko szybciej poszło. A jak się potem dowiedziałam to w poprzednich grupach do punktu startu się szło z 10min. A potem to już bieg i bieg i bieg…i znowu bieg. Strasznie długie te 5km. A co najgorsze to jakoś na 2km zaczęła się kilometrowa górka. Potem z górki i już do końca lekko (no może nie do końca tak lekko było) pod górkę. M.A.S.A.K.R.A! Ale dałam radę i najważniejsze bez marszu i postoju…i zawału serca:)

Na początku rozgrzewka
rfl-rozgrzewka

Wszyscy czekają na godzinę startu. Było przeszło 2tyś samych uczestników biegu.
panorama

Gotowi do biegu…
rfl-start1

Staaaart!
rfl-start2

Jeszcze z uśmiechem na twarzy, pełna sił. Na szczęście zdjęć bliżej mety nie ma:)
rfl-bieg

Meta. Uff…udało się (ta w spódniczce to nie ja, jakby co:))
rfl-meta

I mój pierwszy medal do kolekcji
rfl-medal

Angielskie wesele

I pół roku za nami. Nawet nie wiem kiedy to zleciało.
Pół roku nie było mnie już w domu. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałam taką przerwę. Zaczynam już tęsknić:)

Jutro kończę okres próbny w pracy. Nic się nie zmieni prócz okresu wypowiedzenia. No i będzie mi przysługiwać prywatna opieka zdrowotna, z której zapewne nie będę korzystać, bo ciężko mnie do lekarza zaciągnąć.

W poprzednim tygodniu byliśmy na ślubie znajomych, angielsko-australijskim. Nie chciało mi się jechać, bo to jakieś 3 godz jazdy samochodem, a w dodatku w dzień powszedni, co wiązało się z dwoma dniami wolnego z pracy.
Ale przynajmniej zobaczyłam jak to wygląda tutaj. Wesele jest inne od polskiego, jak dla mnie mniej rozrywkowe:) Zaczęło się ok 14:00, skończyło przed północą. Puszczono ostatnią piosenkę, zapalono światło i “dziękujemy to koniec”. Była ceremonia zaślubin, potem szampan, kawa, herbata, przekąski. Staliśmy, gadaliśmy. Potem obiad – tradycyjnie fish & chips, czyli ryba z frytkami. Przed obiadem jeszcze przemowy: pana młodego, świadków, ojca panny młodej. Potem tort podany na serwetkach:P Piwo, kawa, herbata, stolik ze słodyczami angielskimi i australijskimi (batoniki Tim Tam są poprostu przepyszne). A potem tańce, przeplatane przekąską w postaci sera i krakersów.

Nie było żadnych głupich zabaw. Zamiast kapeli był DJ. Nie było mocniejszych alkoholi niż wino, piwo, szampan (tych darmowych). Alkohol był za friko tylko do obiadu. Potem to tylko w barze można było kupić.
Nikt nie przyniósł młodym kwiatów. Była skrzynka na wrzucanie kartek. No i nocleg trzeba było sobie załatwić samemu.
Także przyznaję, że było to ciekawe doświadczenie:)