Monthly Archives: March 2014

Bułki orkiszowe na słodko

Weekend mogę uznać za udany. Poleniuchowałam, ale i trochę zrobiłam. Fakt, że zaplanowane sprzątanie nie wypaliło, ale (niestety) to i tak nie ucieknie.
Pogoda dopisała, więc wskoczyliśmy na rowery i 528kcal spalone. Dzisiaj godzinny spacer, w piątek marszo-bieg 5km z pracy…jestem zadowolona z siebie:)
A jutro planuje rowerem śmignąć do pracy.

W kuchni odkryłam, że blender nadaje się do zmielenia mięsa, przynajmniej kurczaka. Tym sposobem zagościły u nas gołąbki z kaszą gryczaną i kurczakiem, zawijane w kapustę pekińską. A na zakończenie weekendu zrobiłam bułki orkiszowe na słodko. Właśnie wyszły z pieca, ale kawałek ugryzłam i pyszne są. O dziwo dość puchate jak na mąkę orkiszową.
Przepis jest z programu “Rewolucje na talerzu”, który dopiero wczoraj odkryłam. Uwielbiam programy kulinarne, które pokazują jak ugotować zdrowo, szybko i pysznie:)

A teraz kilka zdjęć…

bulki-orkiszowe
Bułki orkiszowe z miodem i suszonymi owocami, prosto z pieca…mniamm

blt
Moje wczorajsze śniadanie – kanapka BLT – wspomnienie z San Francisco, zrobiona przez nie-męża. Pychota.

stekWczorajszy obiad – grilowany stek, też zrobiony przez nie-męża…wiem, dobrze mi:)

film
A tu kręcą akcje do jakiegoś filmu/serialu. Zaraz obok naszego bloku. Zadyme zrobili:)

Ale nudy

Ale nudy dzisiaj w pracy. Wyjątkowo nic nie było dla mnie do roboty. Siedziałam i sobie klikałam, tzn uczyłam się:) Ale ile można? Cały dzień to przesada, zwłaszcza że czas się wtedy dłuży. Do końca zostało jeszcze 45min.
Wczoraj był dzień pierwszej wypłaty. Do tego z niespodzianką, bo dostałam nieoczekiwany zwrot podatku. Nie wiem dokładnie jak to działa, ale póki nie zabierają to siedzę cicho:) Dlatego bez wyrzutów sumienia idę po pracy poszukać nowej torebki (stara wiedziała kiedy się popsuć).

A do tego kolega wysłał mi linka z ofertą pracy na jeden z uniwerków. Zanim dostałam tą pracę, czekałam na to ogłoszenie, ale zajęło im to chyba z 2 miesiące. A teraz ooo. Chciałam tamtą, mam tą. W tej jest ok, ale może w tamtej by było lepiej? Tamta jest bliżej, dystans chodzony.
Jakbym tak mogła teraz popracować miesiąc tam i zobaczyć gdzie mi lepiej:)

4 tydzień w pracy

Weekend tak szybko minął, że jak zwykle nie napisałam nowego wpisu.
Wykorzystam teraz chwile wolnego w pracy i przynajmniej zaczne coś pisać.

W pracy coraz lepiej. Już w sumie od pierwszego tygodnia zaczęli mi dawać jakieś małe zadanka, więc przynajmniej nudno nie jest. No i od razu coś nowego do uczenia się. Także czas zlatuje szybciorem. Na początku miałam wątpliwości, czy ja tu pasuje, czy podoba mi się na tyle, żeby zostać tu przynajmniej rok, a najlepiej dłużej. I z każdym dniem jest coraz lepiej. Więcej ludzi poznaje, jest z kim pogadać w kuchni. Tylko z lunchem jest lipa, bo nie mam jeszcze z kim chodzić. Większość ludzi chodzi do pobliskiego supermarketu po kanapki. No i niby to okolice Oxford Street a nie ma (czyt. jeszcze nie znalazłam) żadnych ciekawych knajpek. Także żywię się sushi albo przynoszę z domu.

Do niedawna testowałam różne opcje dojazdu do pracy. Niestety autobus, nawet bezpośredni wychodzi najgorzej. Rano są straszne korki. Potrzebowałam ok. godziny od drzwi do drzwi. Z komunikacji publicznej wybrałam więc metro. Jedzie 10min. Do metra albo autobusem (ok 25min) albo na piechotę (ok 30min). Zazwyczaj wybieram spacer – taniej i nie śmierdzi:)

Kilka razy wskoczyłam na rower, ok 30min nawet spokojnym tempem. Do domu to nawet szybciej. I tak obliczyłam, że w jedną stronę spalam ok 200kcal:) Przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia, że po pracy nie chce mi się ćwiczyć.

Ale rower to nie wszystko drodzy moi:) Uwaga… raz przybiegłam do domu! Plecak, adidasy, ciuchy na przebranie i w długą….
Trochę dziwnie się czułam, bo biegłam główną ulicą, między ludźmi. Do tego z obciążeniem w postaci wypchanego plecaka. Ale dałam rade. I doceniłam czerwone światła, na których bez wstydu można odpocząć:)

godz. 21:00
Już dwa razy przybiegłam do domu z pracy. Dzisiaj był właśnie ten drugi raz. 28min truchtu, potem spacerkiem. Łącznie 437kcal w 48min. I bez wyrzutów można wciągnąć budyń na kolacje:)

Poza pracą… w sumie nic ciekawego. Znowu wróciła rutyna i brak czasu na cokolwiek. Człowiek się zakręci, zrobi coś do jedzenia i trzeba iść spać.

To spadam robić jakieś żarełko na jutro.

Pierwszy dzień w pracy

Jestem wypompowana. Pierwsze dni są chyba najgorsze. Masa nudnych informacji do przyswojenia. A dzisiaj to miałam same spotkania i trochę czasu na ogarnięcie kompa. Zdecydowanie wolę robić coś konkretnego.

Ale firma wygląda na całkiem spoko. Duże biuro z klimą, kuchnia ze stolikami, gdzie można spokojnie zjeść. Nie maja ekspresu do kawy, ale do tego już się przyzwyczaiłam. I nie mają czajnika. Za to mają “kran” z gorącą wodą. Jeszcze nie próbowałam robić z tego herbaty, a tym bardziej kawy. Jakoś tak nie jestem do tego przekonana. Jutro wypróbuje.

Ludzie z drużyny są ok. Sami faceci:) Lepiej mi się z nimi gadało, niż z większością z poprzedniej pracy. Po pracy kawa w Starbucks’ie z managerem, żeby obgadać moje nastawienie po pierwszym dniu:) I mimo tego zmęczęnia, bólu głowy i tej dzisiejszej nudy, to firma wypadła całkiem pozytywnie.

Zobaczymy co będzie po tygodniu. Jutro mam dostać jakieś małe zadanko.