Monthly Archives: February 2013

Zachciało się detoksu

Od jakiegoś czasu przymierzałam się do zrobienia sobie 3-dniowego detoksu warzywno-owocowego. Plan jest w książce, którą kupiliśmy razem z sokowirówką. Wszystko wyglądało obiecująco. Stwierdziłam, że nie muszę wytrzymać 3 dni, jak po jednym wymiękne to nic się nie stanie:)

W piątek (myśląc jeszcze nie o detoksie a o zjedzonych faworkach) wzięłam na lunch sałatkę warzywną. Nie licząc zjedzonego po drodze owoca, tak na tym pociągnęłam do wieczora. Jak już tak dobrze zaczęłam, to w sobote przeszłam na soki. Po porcji lunchowej soki wychodziły mi już bokiem. Reszte już zjadłam, omijając te niezjadliwe warzywa:)
Wytrzymałam całą sobotę, nic mi nie było, prócz lekkiego zmęczenia.

Za to dzisiaj czuje się jakby mnie czołg przejechał. Po kiepsko przespanej nocy stwierdziłam, że koniec detoksu. Dzisiaj jem normalnie…AHA…jasne…
Bolą mnie wszystkie mięśnie, kości, skóra, głowa. Jest mi zimno jak cholerka i o jedzeniu nie mogę nawet myśleć:) Trochę się przestraszyłam więc guglam a tu…

“Kiedy wiadomo, że organizm się oczyszcza?”
– uczucie zimna,
– bóle głowy
– występują też objawy grypopodobne
– jest też kilka innych ale na szczęście mnie nie dotyczą
– toksyny mi chyba przez skórę próbują wyjść bo mam za to rumieńce jak nigdy:)

To był pierwszy raz, kiedy wytrzymałam na jakiejś diecie. Detoksu wcześniej nie robiłam i wiem że już raczej nie będę:) Za bardzo na mnie to działa:)

Misja faworki

Misja faworki zakończona sukcesem!

Mało co, a doszłoby do pierwszej faworkowej kłótni nie-małżeńskiej. A wszystko przez to, że Bartek z dzieciństwa zapamiętał, że ciasto na faworki tłucze się wałkiem aż zacznie puszczać bąbelki:) Niestety z całego przepisu zapamiętał tylko tą część i uparcie chciał ją zastosować na naszym cieście. Przejął więc wałek i zrobił faworki:) Mi została czarna robota, czyli sprzątanie…choć to raczej była biała robota, bo wszędzie była mąka.

Faworki wyszły pyszne. Kilka jest takich gigantusów, ale kto by przypuszczał, że one urosną??? Za rok zdecydowanie nie biorę udziału w ich robieniu, a tym bardziej sprzątaniu:) Więcej z tym roboty niż z pierogami.

faworki

Przemycanie witamin

sok z pietruszki

Są takie owoce i warzywa, na które nie mogę nawet patrzeć. Nie znoszę natki pietruszki – głownie jej zapachu. Każdą jej ilość zgarniam na bok i nie ma szans, żeby to zjeść.
To samo jest z selerem naciowym. Ten zapach i smak powoduje u mnie drgawki:)
Nie znoszę też awokado i mango. Choć nie tak bardzo jak selera i pietruszki.

Nie mam pojęcia czemu tak mam, ale chyba z tego wyrastam:P Kiedyś nie znosiłam pora i koperku. Dzisiaj jem oba i są całkiem dobre. Wystarczy sobie wmówić, że jedno ma działanie odchudzające, a drugie…hmm jest poprostu dobre:)

Ooo i jeszcze imbir – bleeeee…

Odkąd mam sokowirówkę obmyślam plan zaprzyjaźnienia się z tymi paskudztwami:) Z imbirem i selerem jest najgorzej, bo jedno ostre w smaku a drugie śmierdzi na kilometr i psuje cały sok…a to była połowa zalecanej ilości.

Ale…sok z natki pietruszki z jabłkiem i dodatkiem cytryny jest pyszny. Właśnie wypiłam całą szklankę i taka jestem z tego dumna, że postanowiłam się tym wyczynem pochwalić:P Fakt, zapach pietruszki w trakcie robienia soku mało co nie zwalił mnie z nóg. Ale efekt końcowy był zadowalający.

A co mnie skusiło na kupno pietruszki?:)
Wyczytałam, że codzienne picie takiego soku wzmacnia włosy i wpływa na stan skóry. To mi wystarczyło:)