Monthly Archives: December 2012

Jeszcze parę godzin i urlop!

Chciałabym mieć zdolność manipulowania czasem:P Dzisiaj zdecydowanie bym go przyśpieszyła, bo wlecze się jak nigdy. Staram się nie patrzeć na zegarek, ale nie wychodzi i zerkam chyba co 5min. A wszystko przez to, że to mój ostatni dzień w pracy przed świętami. A jutro pobudka o 3 rano i na samolot…brrrr…na samą myśl chce mi się spać.

Ten rok tak mi szybko zleciał, że nie czuję, że to już grudzień, a tym bardziej jakoś tak dziwnie jak pomyślę, że za kilka dni Wigilia. Żeby czasem nie zapomnieć, że to święta przyozdobiłam trochę blog – zdecydowanie lepsze to niż ubieranie choinki:P

No nic… na dworze już ciemno ale jeszcze tu muszę trochę posiedzieć.

Nareszcie

No i się doczekałam wreszcie szafki na książki. Cieszę się jakby nie wiem co to było, a to zwykły kawałek drewna

Ale tym sposobem dwa pudła są puste. Zostały jeszcze jakieś 4 pudła dupereli (nie moich:)) i 2 pudła z moimi butami, na które nie mam jeszcze pomysłu gdzie je upchnąć.

A to moja kuchnia. Nieduża, ale całkiem funkcjonalna. Architektem musiała być kobieta:) Wszędzie są szafki, półki, nawet są mini-półeczki na przyprawy. No i głębokie blaty, dzięki którym jest jeszcze więcej miejsca.

Znowu piątek

Dobrze że to piątek, bo w piątki jakoś wszystko lepiej znosze. Nawet to, że rano nie było ciepłej wody, za to na głowie olej:) No nic… nie pierwszy raz trzeba grzać wodę w garnku. Takie uroki nowego mieszkania, że nie wiadomo jak się bojler ustawia. Także dzisiaj była odwrotna kolejność – najpierw makijaż a potem kąpiel (bo oczywiście, jak na złość, przysnęło mi się za bardzo).
Zaryzykowałam potem jeszcze spóźnieniem i poszłam po kawę…dobrą kawę…bo ta w biurze to masakra jakaś (choć nie przebije zapewne tej u pewnej mojej rodzinki – podobno z żołędzi była:))

I wrzuciłam funciaka charytatywnemu pingwinowi…a tak, żeby się lepiej poczuć.

Jeden z tych dni…

Bardzo rzadko mi się zdarza taki dzień, że idąc do pracy rozpiera mnie energia i mam ochote tańczyć i skakać :) Słuchawki na uszy, muzyka (dzisiaj Queen, głównie Crazy Little Thing Called Love i moja ulubiona Bohemian Rhapsody) i prawie pofrunęłam :P
Jedyne “nie tak” w tym wszystkim to to, że musiałam tak frunąć do pracy…buuu

Zimno u nas jak cholerka, z własnej woli czapke założyłam więc coś w tym jest. Do tego rano była mgła, ale i tak ładnie było, zwłaszcza jak gdzieniegdzie przebijały się promienie słońca.

Przeprowadziliśmy się do nowej chaty. Jest super, zwłaszcza kuchnia (nie idealna, ale najlepsza z tych wszystkich co były). Chwilowo żyjemy w jednym wielkim bałaganie, nie ma kiedy i gdzie poupychać tych wszystkich gratów. Ale powoli powoli będzie ładnie. Wczoraj kupiliśmy szafki do sypialni (szafa jest duża, ale brakuje zwykłych półek). Mamy już upatrzoną półkę na książki (jeej nareszcie będę miała wszystkie książki pod ręką). Największy problem to sofa. Ta która nam się podobała na stronie IKEI okazała się niewypałem. Podoba mi się kilka ale… z Black Red White :( Pisałam do nich, czy aby czasem nie sprzedają w Londynie :P

Swoja drogą sofy są tu strasznie drogie. A te w umiarkowanej cenie są poprostu lipne. Naprawdę się zastanawiam, czy nie bardziej się opłaca w Polsce kupić :P

Ale za to mamy już choinke. Zostałam zmuszona powiesić jedną bombkę (pisałam, że nie znoszę ubierać choinki?) Ogólnie to ja nie jestem z tych “świątecznych”… jeszcze chyba nie dojrzałam do tego, żeby dostawać świra bo święta, dekorować mieszkanie, itp. Ale kwiatów kiedyś też nie lubiłam hodować, a teraz podlewam i gadam do nich :P I mam ich aż trzy… i myślę o kupnie następnego.