Monthly Archives: July 2011

Wspomnienia z wakacji – Kreta, Grecja

Wreszcie zabrałam się za sortowanie zdjęć. Na zakończenie weekendu powspominałam trochę.


W tym budynku mieliśmy pokój


Widok z naszego balkonu


A to wschód słońca. Też z naszego balkonu. Nie udało mi się go obejrzeć na żywo. Na zachód to bym się załapała :-)


Następne zdjęcia to teren hotelu


Tutaj okolice hotelu


A tutaj pora karmienia ryb


I innych stworzonek (paskuda…)

Dokarmiałam też kraby. Wrzuce kiedyś film, jak się jeden rzuca na chleb.

Książki

Dodałam do poprzedniego wpisu tytuły książek ze zdjęcia.

Ostatnio też skończyłam “Ciało” Tess Gerritsen. Książka ciekawa, o ile ktoś lubi takie klimaty, czyli morderstwa, prosektorium, sekcje zwłok i takie tam :-)

Książka wciągająca, ale Robin Cook ma znacznie lepsze. Problem w tym, że chyba wszystkie już przeczytałam.
Uwielbiam książki, których akcja rozgrywa się w środowisku medycznym (szpital czy to laboratorium). Może przez to, że się tego naczytam, to unikam potem lekarzy :-P

A wszystko zaczęło się od tej książki “Z przyczyn naturalnych
Dostałam ją za wypełnienie jakiegoś formularza w necie.

Znowu leje

i znowu koniec tygodnia.
Nie pamiętam kiedy aż tak szybko leciały mi dni, a tym bardziej nie pamiętam kiedy widziałam tu słońce na dłużej niż 5min.
Mam nadzieję, że weekend będzie długi, bo przyszły do mnie dzisiaj książki. Nowe,pachnące białe kartki :-D

Idę się zaraz z jedną zapakować do łóżka…

Tytuły książek:
Pierścień. Spadek po ostatnim templariuszu – Molist Jorge
Śniadanie u Tiffany’ego – Capote Truman
Gerritsen Tess – Dawca, Grzesznik i Autopsja

Załamanie

Mam załamanie czasoprzestrzeni bez przestrzeni. Przestrzeń jest stała i równa się biuro.
Pamiętam dokładnie ten dzień – był jakby wczoraj – poniedziałek – marudzę rano, że muszę wstać i iść do pracy.
I co???
Jakim cudem już dzisiaj jest piątek???

Teoretycznie nie mam nic przeciwko, że tydzień tak szybko leci. Tylko, że trochę mnie to boli, że oprócz pracy to nic konkretnego nie robię. Mam dziwne poczucie, że marnuję te dni.

Poza tym zaczynam chyba mieć kryzys wieku przedśredniego :-P Im szybciej te tygodnie lecą, tym bardziej myślę o moim zbliżających się kolejnych urodzinach. Do urodzin jeszcze kawałek, ale obawiam się, że niedługo zacznę mieć sny, że osiwiałam (o ile to możliwe)
A co mają urodziny do tego wszystkiego?
Ano wkroczę w kolejną dziesiątkę, co powoduje, że w mojej głowie kłębią się myśli z serii “co dalej robić ze swoim życiem”.

Dawno dawno temu myślałam, że w tym wieku będę już dorosła :-) będę wiedziała czego chcę, będę miała swoję/nie-swoje mieszkanie, przynajmniej jedno dziecko i…nie pamiętam czy było coś o mężu :-)

Co do męża… wiecie, że zawsze chciałam uciec z przed ołtarza? Za dużo filmów się naoglądałam. Ale byłby niezły ubaw :-P

Życzliwość ludzka

Ruszyłam wreszcie swoje cztery litery i poszłam na basen. Zawsze ciężko mi się wybrać, a potem czuje się jak nowonarodzona (a może nowo narodzona…hmm:)). Naprawdę się zastanawiam po kim ja jestem taka leniwa. Chyba po młodszym kuzynie :-) który ostatnio i tak więcej robi niż ja. No ale jak to genetyczne, to nie ma co z tym walczyć :-D

A na ten basen to poszłam odreagować wczorajszy i dzisiejszy dzień. Nieźle mi dokopały. Nie to, żebym doznała jakiegoś uszczerbku na zdrowiu psychiczno-fizycznym, ale coraz częściej nie mam już siły na to co się dzieje koło mnie.

Wczoraj tak zwany kolega z pracy (z innego biura) napisał do mnie maila w niezbyt miłej formie, wytykając mi jakieś drobne błędy. Mail poszedł w kopii do jakiś 7 osób. U nas wszyscy olali te jego wypociny – ja zresztą też. Ale wkurzyłam się, jak życzliwe osoby doniosły mi jak to kolega chwali się po całym biurze jaką ładną skargę na mnie napisał. Jeszcze mnie nie poznał, a już mnie nie lubi :-)
Nie to żebym była mściwa, ale cierpliwie czekam na swoje 5min :-)

A dzisiaj kolega się uspokoił. Za to u nas w biurze zamieszanie, bo nikt nic nie wie. Wszystko tak zorganizowane, że od godziny 15 nic w sumie nie zrobiłam.

Na śmietniku

Jeszcze odnośnie minimalizmu…

Kiedyś miałam dzień na sprzątanie, czyli wywalanie wszystkiego co zawala nam mieszkanie.
Jak się okazuje, co mi jest niepotrzebne, dla innych stanowi “część rodziny” :-)

Dawno temu przytargaliśmy do mieszkania takiego oto giganta:
Squizzi

Nazywa się Squizzi, mierzy i waży dość dużo (ledwo się z nim zmieścilam do pociągu) i został wygrany specjalnie dla mnie.

Chciałam go oddać potrzebującym i został wyniesiony na śmietnik (z szacunkiem położony na innych workach:))
I wtedy się zaczęło…że teraz tak pusto bez niego, że on jest jak członek rodziny, że napewno mu smutno i jest biedny, samotny tam na śmietniku… :-)
I co? Moje wyrzuty sumienia obudziły się z wielkim hukiem i pomaszerowałam na śmietnik po squizziego. Jakiś facet dziwnie się na mnie patrzył, ale kto mnie tu zna. Przytargałam go do mieszkania i dalej nam kurz zbiera.

A może ktoś chce go adoptowac?
Nie jest wymagający – nie je, nie pije, czasem trzeba do niego zagadać i go odkurzyć :-)

Czy możesz żyć bez…?

Natknęłam się dzisiaj na ciekawy post:
– wersja angielska can you live without?
– a tu powyższy wpis wspomniany na innym blogu (po polsku) – Łysa minimalistka

Moje początki w Anglii (te kiedy już miałam prace) to era zakupów. Z czasem mi się znudziło i teraz chodzę jak już muszę. Od pewnego czasu zakupy nawet na depreche nie pomagają. Można zapomnieć w trakcie wydawania kasy, ale potem wszystko i tak wraca.

Nawet jak mam coś kupić, to zastanawiam się dwa razy, czy aby napewno potrzebna mi kolejna sukienka (w których i tak nie chodzę), czy następny krem na półce. Niestety za późno zaczęłam tak myśleć i dorobiliśmy się rzeczy, które teraz jedynie kurz zbierają.

A tak przy okazji, to może ktoś chce podlewaczke do kwiatów. Została zakupiona (nie przeze mnie) z jakieś kilka miesięcy temu i do dziś nie została rozpakowana. To nic, że mamy jednego kwiatka, który pozostawiony sam na tydzień nie usycha :-)