Monthly Archives: March 2009

Brighton

A jednak stres mnie dopadł…wieczorem zaczął mnie boleć żołądek, jakoś nie mogłam usnąć i tak się zastanawiałam czy nie wziąść dnia wolnego z powodu przestresowania :-)
Ale w ramach akcji “walcz ze swoimi słabościami” podreptałam rano do pracy… z bólem żołądka oczywiście.
Wyjazd był dopiero około godziny 12, godzina drogi pociągiem, czyli dużo czasu na stres. Ale jak tylko spotkanie się zaczęło stresior się ulotnił i jakoś tak już było na luzie. Trochę, a nawet bardzo się wynudziłam. Za wiele się nie odzywałam, ale to było do przewidzenia. Najważniejsze, że zaszczyciłam ich swoją obecnością :D
A po spotkaniu… morzeeeeeee. Widziałam morze! Nie to żeby pierwszy raz w życiu, ale chyba już tęskniłam za tym widokiem, bo strasznie chciałam je zobaczyć :-) Plaża kamienista…niestety, długie molo, a na końcu wesołe miasteczko :-)

Brighton

Brighton

Brighton

Brighton

Brighton

Brighton

Brighton

Brighton

Brighton

Brighton

Brak pomysłu na tytuł

Ale mamy cudowaną pogodę. Rano padało. Potem słońce przekładane deszczowymi chmurami. Z cztery razy porządna ulewa, a do tego tak wieje, że parasola nie ma co i tak rozkładać. Już myślałam, że wiosna idzie, a tu się znowu zimnica zrobiła.
Ciekawe jak jutro będzie? Bo wybieram się do Brighton. Nie całkiem w celach rozrywkowych, ale na spotkanie z klientem, który nie raczy ruszyć swoich czterech liter do nas:) Ogólnie to powinnam się stresować, bo to moje pierwsze spotkanie z klientem. Tak dla ścisłości to dzik ze mnie i boje się ludzi (tych co nie mówią po polsku) :D No ale sama chciałam, wręcz się wprosiłam :-) Widać walczę ze słabościami :-) I o dziwo jestem wyjątkowo spokojna…chwilowo…
Mam tylko nadzieję, że uda mi się zobaczyć Brighton…aparat już czeka na podróż ;-)

Jak wygląda ślub w konsulacie w Londynie?

Nie nie, rodzice proszę się nie cieszyć – wcale nie planujemy ślubu :-) Proszę także bez komentarzy w stylu: “a szkoda” czy “czas najwyższy” bo ustawiłam na automatyczne kasowanie takich komentarzy ;-)
Czemu taki tytuł??? Z nudów (czyt. nie chce mi się pracować) sprawdziłam wyszukiwane frazy po jakich ludzie trafiają na mojego bloga. I trochę się dziwię skąd się wzięła taka: “jak wygląda ślub w konsulacie w Londynie”. Czyżby połączyło notki o ślubie koleżanki, o którym chyba pisałam i kolejce do konsulatu w czasie wyborów??? Hmmm…

A tak poza tym to u mnie nuda… chociaż w tamtym tygodniu nie całkiem…
W piątek firma oblewała jakąś dużą sprzedaż i wyjątkowo wylądowałam z wszystkimi w pubie. Wszyscy byli tak zdziwieni moim widokiem, że nie zapłaciłam za żadnego drinka :-)
Ale i tak nie bawi mnie stanie pod pubem i gadanie przez ileś godzin. Tzn, traktuję to jako kurs angielskiego, bo jak zrozumiem bełkoczącego angola, to już bedzie git.

A w sobote była międzynarodowa impreza, nazwana też grillowaniem. Byłam, zobaczyłam i grillem bym tego nie nazwała :-) W każdym razie Angol, Francuz czy inny Hiszpan napewno nie wiedzą jak rozpalić grilla. Było dużo dymu i spalone jedzenie :-) Mniammm…

No dobra, czas na kawe i wracam do pracy ;-)

Z serii chory facet

Weekend miałam dość ciężki, coś w stylu przynieś wynieś pozamiataj :-)
Facet mi się rozchorował, coś go w plecy walnęło (jakieś korzonki czy coś). Wielki, straszny, przerażający ból, leżeć nie mógł, chodzić nie mógł, siedzieć też nie. Ogólnie nic nie mógł:) Dostał środki przeciwbólowe i chodził zakręcony:) Ale ponieważ faceci chyba lubią chorować, więc zaraz gorączkę u siebie wynalazł, grypa go dopadła, o bólu głowy już nie wspomnę:) Dzisiaj już z bólu pleców został tylko ból gardła:)
Ale dobre z tego wszystkiego jest to, że teraz ma więcej wspólczucia dla mnie:)

Jutro idziemy oddać klucze od starego mieszkania. Jak dobrze pójdzie, to dostaniemy depozyt i czarna dziura debetowa zniknie:)

A na koniec zdjęcia krzywego lasu…
Krzywy Las

Krzywy Las2

Krzywy Las3