Monthly Archives: September 2008

Domowy boks

Mamy nową zabawkę w domu. Tym razem bardziej niebezpieczną, zwłaszcza jak się wkurzę (ciekawe czy chłopaki o tym pomyśleli, kupując to) :-)

everlast.jpg

Tym razem przemilczałam ten zakup, bo dostrzegłam kilka zalet, oprócz tego, że będzie pomocne w razie kwestii spornych:)
Po pierwsze potrzeba do tego dwóch osób, więc jest to sposób na wspólne spędzanie czasu DALEKO od kompa.
Poza tym nieźle się trzeba nagimnastykować, żeby w to trafić i nie zwichnąć sobie przy tym ręki:) Przynajmniej dla początkujących. O ile się szybko nie znudzę może podreperuje swoje zwiotczałe ręce :-) Dodając do tego basen, cel może być nawet realny:)
No i jak dla mnie to najlepsze ćwiczenie na pozbycie się wszelkiej złości i wyładowanie się po całym dniu w pracy:)
Współczuję tylko tej drugiej osobie:)
To spadam szukać jakiegoś ochotnika…

Hyde Park, Londyn

Jako że słońce zaszczyciło nas dzisiaj swoją obecnością, postanowiliśmy spędzić ten dzień na (niekoniecznie świeżym) powietrzu. Poszliśmy do Hyde Parku – mojego ulubionego, zatłoczonego, chyba najgłośniejszego parku. Chyba przez to, że go tak uwielbiam, nie byliśmy tam z rok. Ale najpierw poszliśmy coś zjeść…wylądowalismy w niewielkiej włoskiej knajpce. Niestety zawsze istnieje ryzyko, co dostanie się do jedzenia. Kelner (bardzo miły, z poczuciem humoru Włoch ;-) ) nie poinformował nas, że jedno z dań to dwa niewielkie kotlety z jakimś zielskiem. Może pomylili to z przystawką:) No ale nieważne…

Co do Hyde Parku to nic się nie zmieniło. Porobiłam trochę fotek, niestety z wściekłością przyznaję, że tym razem mi nie wyszły. Ale tak to jest jak aparat większość czasu leżał w szafie:) Na koniec zaatakowały mnie…papugi. No może nie całkiem same mnie zaatakowały, ale ze swoim właścicielem, który siłą wpakował je na moje ramiona (dla jasności to nie one, a ja się broniłam). Kto wie, czy nie miały ptasiej grypy czy innych wściekłych krów ;-)
Tak to one wyglądały:

dsc_5355_.jpg

dsc_5364_.jpg

Ta dziewczynka wyżej, to nie ja. Ja byłam bardziej przestraszona :-) Uwaga… podjęłam decyzję… Ponieważ zauważyłam, że mój blog nie jest już tak anonimowy jak chciałam go utrzymać (o ile w necie anonimowość jest możliwa), postanowiłam nie bawić się już w chowanego i voila… oto ja i papugi…

_dsc1722_.jpg

Tu już prawie bez obaw…

_dsc1717.jpg

Oprócz papug spotkałam jeszcze takie małe, slodkie żyjątko:) Podejrzewam, że to rak…niestety z biologii nie byłam zbyt dobra

_dsc1713.jpg

I na koniec już takie dziwne coś zielonego, co przyplątało się na moje zdjęcie i w dodatku się przemieszcza. Nie dodałam tego w photoshopie:) Zapewne to jakieś zjawisko paranormalne, duch jakiegoś człowieka z bagien, zabitego dawno temu, który unosi się teraz i wciaga ludzi pływających po jeziorze. I niech mnie ktoś namówi na popływanie rowerem.

dsc_5341.jpg

A tutaj już w innym miejscu…

dsc_5342.jpg

Takie tam

Jak ten czas szybko leci. Ledwo był poniedziałek a już jest weekend. Nie to, żebym narzekała, ale tak myślę, że kiedyś nie zauważe, że się zestarzałam :-)
Koniec tygodnia był jakiś straszny… najprostsze rzeczy mi nie wychodziły…masakra.
W dodatku robi się zimno, ciemno, ponuro. Na samą myśl o zimie poszłabym spać. Dlatego żeby czasem nie zachorować leczę się profilaktycznie – dostałam od mamy pyszną nalewkę (oczywiście w razie jakbym była chora) :-) Mniammm…
Co do szarości to chyba czas zmienić skórkę na blogu na jakąś bardziej optymistyczną i kolorową. Mam niestety taką małą wadę, że szybko wszystkim się nudzę :-) Że nie przyszło mi jeszcze do głowy zmienić pracy…
Dobra to spadam dalej osładzać sobie wieczór ;-)

Takie tam

Dziwny ten dzień był dzisiaj. Chociaż powinnam zacząć od nocy…nie wiem dokładnie co robiłam, pamiętam tylko, że chciał mnie zabić murzyn z Prison Break:) I chyba przez to, że tak uciekałam nie zdążyłam się wyspać. Już dawno nie pamiętam, żebym wstała tak zaspana. Prawie usnęłam pod prysznicem, a potem na sofie przy śniadaniu. Potem droga do pracy… Jak już łaskawie metro przyjechało, to 45min zajęło mi dojechanie do pracy (zzwyczaj jade ok 20min). Tym razem znowu problem z sygnalizacją (chyba zacięło się na czerwonym). A jak już mogliśmy ruszyć, to ktoś musiał opierać się o drzwi i pociąg nie mógł ruszyć. Dystans między stacjami pokonaliśmy ruchem szarpanym. Można poćwiczyć swoją cierpliwość. W pracy spóźnienie 25min, ale i niespodzianka – manager chory. No tak, ale akurat dzisiaj kiedy nie wiedziałam, co mam robić. Zresztą nie tylko ja w swojej grupie. No i szefunio się podobno wkurzył, że jedna grupa zawalona pracą, a druga nie ma co robić:) No ale czy to nasza wina, że jesteśmy tacy zdolni i wszystko szybko skończyliśmy ;-)
To dali mi jakiś nowy projekt, żeby tylko zacząć. I tu się okazało, że nie mają dla mnie photoshopa. Zostały zamówione, ale jakoś nikt się nie zainteresował, czemu ich jeszcze nie ma. I tak spędziłam z godzinę na instalowaniu wersji testowej na jakimś starym, ledwo chodzącym laptopie. A jak już zainstalowałam, to dali mi coś innego. A na koniec dnia dostałam photoshopa na swoj komputer. Na szczęście czas było się zbierać do domu:) Ciekawe czy w polskich firmach też jest taki bałagan i zamieszanie?

Szał zakupowy

Dzisiaj przeszłam samą siebie:) Chyba pierwszy raz w życiu wpadłam w taki szał zakupów. Zaczęłam o godz 11:00 a wróciłam przed 18:00. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to był wyczyn. Spędzić tyle czasu na Oxford Street – masakra:) Ale na szczęście mogę powiedzieć, że nie było to na marne. Nie kupiłam wszystkiego co planowałam (więcej było tych niezaplanowanych), buty kupiłam inne niż chciałam, wróciłam ledwo żywa, ale warto było. I nawet dwie pary spodni kupiłam:) Oczywiście jedne do skrócenia, żeby nie było tak idealnie. A jak weszłam do Esprita to nie mogłam wyjść. Tyle fajnych rzeczy było, że tylko promocji brakowało.
Dodatkowo zakupy “umilały” panie pytające co 5 min czy mi nie pomóc itp. Myślałam, że oszaleję. Zakupów w spokoju nie można zrobić.
Dotarłam jakoś do domu, paragony pochowałam (tak na wszelki wypadek) :-) więc nie zostałam pogoniona z tymi torbami:) W dodatku czekała na mnie niespodzianka – bałagan zamienił się cudem w porządek. Chyba częściej będę uciekać na zakupy.

Takie tam

Kurcze prawie dwa tygodnie nic tu nie pisałam. Ale w poprzedni weekend byliśmy w Polsce. Mama uratowała mi życie, a przynajmniej wzrok. Chyba zapalenie spojówek załapałam i jakieś świństwo mi wylatywało z oka. Masakra. Pod tym pretekstem sobie pochorowałam, obijając się w domu. A potem resztę tygodnia zasuwałam w okularach do pracy. Okulary – brrrr nie znoszę ich. Zusieńko jestem ci wdzięczna, że mnie zaprowadziłaś wtedy do okulisty po soczewki :-)
Czyli tydzień mi zleciał szybko. A wczoraj byliśmy w Milton. Zawsze jak tam jeździmy, to przypominają mi się nasze początki w Anglii. Na przykład jak czekalismy na autobus kilka minut, a potem do niego nie wsiedliśmy, bo żadne z nas nie chciało kupić biletów. Stres, żeby się odezwać po angielsku :-)
W porównaniu do Londynu tam jest tak spokojnie, jeziorko, dużo zieleni. Ale z drugiej strony jakoś tak za spokojnie i chyba już nie chciałabym tam mieszkać. A na wynos dostaliśmy bochenek chleba, upieczony prawie własnoręcznie :-) Znajomi mają piekarnik (czy jak to nazwać) do chleba. Wlewa się wody, dodaje mąki, soli, drożdży, zamyka się, ustawia się coś tam i za 3 godziny mamy świeży, ciepły chleb. Mysza od dawna mnie namawia na coś takiego, ale jakoś nie byłam przekonana. Do wczoraj, jak zapachniało chlebem i jak go spróbowałam.

Wygląda to mniej więcej tak (w zależności od firmy)
bread.jpg

Jak upiekę pierwszy chleb, to się pochwalę :-)

7 rano:(

Czy ktoś może mi powiedzieć, jak wyłączyć myślenie o tej godzinie?:) Bo jak tylko wstaje i zacznie mi mózgownica pracować, to mam myśli samobójcze :-) Kto wymyślił w ogóle wstawanie!

To życze miłego dnia i bardziej optymistycznych myśli!