Monthly Archives: July 2008

Takie tam

Godz 8:30, ja już na nogach od 7:00. Ale nadal jestem w domu. Dzisiaj choruję. Czuję się jak napompowany balon, który zaraz pęknie. Dlatego postanowiłam wykorzystać możliwość zostania w domu. Jak pomyślę, że miałabym siedzieć w tym upale przez tyle godzin z bolącym brzuchem, to jeszcze bardziej mnie skręca.
Siedzę, delektuję się chwilowo chłodnym powietrzem i zastanawiam się co tu dzisiaj robić. Bo cały dzień nie dam rady przeleżeć i przespać :-)
A tak przy okazji to chciałam się pochwalić, że wreszcie się zmotywowałam i kupiliśmy karnet na basen, a w zestawie dostaliśmy też wstęp na siłownię i aerobik. Blisko pracy, więc jak tylko nam się zechce, to śmigamy popływać. Na razie aerobik sobie odpuszczę, bo nie lubię sama chodzić. Jak się oswoję z klubem, to się pomyśli :-)
Także ruszyłam wreszcie swoje zasiedziałe cztery litery. Jeszcze tylko muszę to zgrać z jakimiś specerami, bo świeże powietrze też mi się przyda.
Kupiłam też sukienke!!! Nawet mi się podoba i nawet wyglądam w niej jak człowiek. Jeszcze tylko buty :-( Tylko z nimi też widzę pewien problem, bo jak dotąd to spotkalam albo same płaskie, albo wysokie. Nie mówiąc o tym, że większość to szpilki. Jak w tym chodzić, żeby sobie kostki nie zwichnąć??? O tańczeniu to już nie wspomnę.

Mieszkanie z facetami

Nie no ja już mam dość mieszkania z facetami (czyt. dziećmi).
Dzisiaj byli w tesco i kolejny raz się okazało, że nie mogą sami chodzić na zakupy.
Tym razem kupili sobie kolorowe, tandetne pistolety na wodę. A powód… była promocja… 3 w cenie 2 :-)
Wszystko byłoby może ok, gdyby mądrze zaznajomili mnie z tą niespodzianką. A tu nagle poczułam strumień zimnej wody na sobie. Nie ma to jak lanie się wodą w mieszkaniu… mokre łóżko, dywan, podłoga w salonie. Spoko… myślałam że wyjdę z siebie.
Pocieszam się tym, że jak każda zabawka jutro (a w najgorzym wypadku za kilka dni) rzucą ją w kąt i zapomną.

Takie tam

Wróciłam…niestety:)
W domu było fajnie. Pogoda mogłaby być lepsza, ale skorzystałam trochę ze słońca. Może i lepiej bym się opaliła, ale pierwszego dnia trochę się sfajczyłam i musiałam przez dwa następne dni chodzić w koszulce. Tak też sie dzieje jak człowiek pierwszy raz w roku wyjdzie na słońce (wcześniej nie korzystając nawet z solarium). Ale postanowiłam choć trochę utrzymać taki kolor skóry, gdyż ponieważ mam za miesiąc wesele i chcę wyglądać jak człowiek. Ale proszę się tu nie cieszyć, bo to nie mój ślub :-) Ja tam się stracham podejmować takich niby “cało-życiowych” decyzji, wychodząc z założenia, że szkoda kasy na rozwód :-)
….
Zaraz mnie tu zlinczuja ;-)
Chyba zablokuję możliwość dodawania komentarzy do tego posta :-)
….

Kolejny ślub przede mną w październiku (jakaś epidemia???)
….
W pracy po wakacjach było baaardzo ciężko. Między innymi przez setki pytań jak było na wakacjach. Nie znoszę tych angielskich pytań w stylu: jak sie czujesz, jak minął weekend, co robiłaś w weekend, jakie masz plany na weekend? Wiem wiem… Angole tak mają, ale wkurza mnie takie wciskanie nosa w nie swoje sprawy :-)

Ale tydzień jakoś zleciał, weekend już niestety też.
W sobotę byłam na zakupach. Chciałam kupić sukienkę na wesele, ale niestety to nie takie proste. Albo wygląd całkiem mi sie nie podoba, albo wyglądam w nich jakbym była w ciąży, albo są tak jakoś obcisłe, że widać wszystkie moje wybrzuszenia (w szczególności te, których nie powinno być) :-)
Sukienki więc nie ma, ale za to przybyło kilka kolejnych bluzek.
Nawet boję sie myśleć, że jak już jakimś cudem kupię kieckę, to potem jeszcze buty do niej…brrrrr
Nie znoszę sukienek!!!

A dzisiaj mieliśmy grilla, z wszystkimi Polakami z pracy. Chwilowo jesteśmy najliczniejszą grupą narodowościową, więc trochę nas tam było. Także dzisiaj pierwszy raz jadłam angielską kiełbasę – nie była taka zła jak myślałam. Tyle jedzenia tam było, że nie dało się przejeść i musimy zrobić kolejnego grilla :-) mus to mus
Ten był powitalny, kolejny już raczej pożegnalny, gdyż większość z tych ludzi przyjechała tu tylko na staż i wraca do Polski za miesiąc.

Takie tam

Trochę słońca się pokazało a mi całkiem na mózg padło :-)
Zawsze miałam słabość do wszelkich mazideł do ciała. Do tego odkąd pamiętam zawsze marudziłam, że jestem za gruba. Oczywiście teraz jak patrzę kilka lat wstecz, to stwierdzam, że byłam głupia tak mówiąc. Zapewne to samo będzie za kilka lat :-) Ale nieważne jakie tam mam obsesje. I jeszcze raz do tego dodam, że lenistwo mnie przerasta, więc… zamiast ruszyć swoje cztery litery kupuję właśnie różne mazidła. Ale doszłam do wniosku, że jestem od nich uzależniona, bo nie wierze w żadne cud środki, które uleczą mnie z kompleksów :-) Wszystko ułatwia mi mieszkanie w Londynie. No może nie mieszkanie, a konkretnie praca tutaj. Jakoś tak funty wydaje się łatwiej (pod warunkiem, że nie wpadnę na durny pomysł przeliczenia na złotówki).
I tak oto tym razem spełniłam swoje kolejne mini-marzenie kupując śmierdzące błotniaste mazidło, czyli guam.
Właśnie siedzę już 20 min usmarowana po kostki w błocie, zawinięta folią, czyli upiększam się.
Tylko błagam…nie mówcie mi czasem, że to nie działa :-) Nie wiem, czy będę miała choć trochę skóry na sobie jak to zdejmę, ale przynajmniej psychicznie już zaczyna działać. Po prostu czuję, że już jestem chudsza o kilka centymetrów ;-)

Oprócz tego, że z głową u mnie nie teges, cała reszta sprawna.
W piątek wyjeżdżamy do domu i już nie mogę wytrzymać. To najdłuższy tydzień odkąd pamiętam. A w domu przez 9 dni będę się obijać, oczywiście na tyle ile mi mama pozwoli ;-)

Już raczej nie napiszę nic do piątku, więc do napisania po wakacjach!!!