Monthly Archives: November 2007

Bez mojej zgody

bez_zgody.jpg

O książce dowiedziałam się z bloga Chiary Kupiłam ją tylko, że w wersji polskiej i wczoraj skończyłam ją czytać. Książka jest z tych, które od pierwszych stron mnie zainteresowały. Zakończenie mnie zaskoczyło, może trochę byłam “rozczarowana”, choć ciężko mi powiedzieć jakie byłoby lepsze (oczywiście pomijając takie, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie). Przez cały czas myślałam, co ja bym zrobiła na miejscu każdej z osób i zdanie zmieniałam co kilka kartek.
Oczywiście na koniec ryczałam jak głupia.

 

Opis:
Anna została poczęta, by zostać dawczynią szpiku dla swej siostry, Kate. Nigdy nie kwestionowała tej roli, choć musi żyć tak, jakby była ciężko chora.
Ma dopiero trzynaście lat, a już przeszła niezliczone zabiegi operacyjne, by jej starsza siostra miała szansę wyleczyć się z białaczki. Jak większość nastolatków, Anna zastanawia się, kim jest; inaczej jednak niż przeciętna nastolatka ma poukładane życie: istnieje właściwie wyłącznie jako dopełnienie siostry. Dlatego podejmuje decyzję, która zagrozi jej rodzinie i prawdopodobnie będzie mieć fatalne konsekwencje dla Kate.

Wyczytałam, że będzie ekranizacja tej książki. Produkcja filmu rozpocznie się w marcu 2008r.

Sama

Nareszcie weekend. Samotny niestety lub stety (zależy jak na to patrzeć) :-)
Mysza w piątek wyjechał do Polski, wraca w poniedziałek. Więc teoretycznie siedzę sama, praktycznie z drugim Bartkiem, który i tak jutro idzie do pracy.
Dzisiejszy dzień raczej spędzę przy kompie. Ponieważ wczoraj w pracy się TROCHĘ obijałam (nie tylko z lenistwa), to dzisiaj muszę nadrobić zaległości. Tak mi się nie chce, bo muszę zmienić coś co wcześniej zrobiłam w inny (jak się okazało niezbyt trafny) sposób.
Ale najważniejsza wiadomość…już na 100% przyjadę na święta do domu. Już od kilku miesięcy miałam bilet kupiony, ale brakuje mi 1,5 dnia urlopu no i nie wiedziałam jak to wyjdzie. W końcu pracuję tu kilka tygodni i nie wiem, czy mogę liczyć na jakieś ulgi.
Wczoraj się odważyłam zapytać. Trwało to może z kilka sekund. Powiedziałam co i jak, a szefunio odpowiedział z tym swoim “szczerym” angielsko-australijskim uśmiechem: “no problem, no problem”. Uff…udało się, muszę mu tylko maila wysłać, żeby pamiętał. Zapewne potrącą mi ten dzień z wypłaty. Ale to nic, najważniejsze że święta spędzę z rodziną.
Zresztą to dziwne, bo nigdy (jak stałam się dorosła :-) ) nie przepadałam za świętami. Jakoś nie skakałam z radości, że przez te dni tylko się siedzi, je i siedzi i je :-) O ile pogoda dopisze wyskoczy się na sanki czy inny spacer. I z tego powodu marzyły mi się święta gdzieś daleko od domu, na jakiś Karaibach czy innych rejonach zagrożonych tsunami :-) Bez tych wszystkich przygotowań świątecznych. Jedynie co lubiłam zawsze to kupowanie prezentów.
No ale…teraz chcemmmmmm na święta do domu. Chcę się nudzić, siedzieć i oglądać kolejny raz te same filmy (przynajmniej obejrzę tv bo od miesięcy nie miałam pilota w ręku).
Nawet choinkę mogę POMÓC ubrać (choć nie całkiem to jeszcze polubiłam).
Ale najfajniejszym momentem jest wkładanie prezentów pod choinkę. Każdy patrzy czy nikt nie patrzy, opróżnia szafy, komody, tapczany :-) Bo nie wyrosłam jeszcze z przeszukiwania domu w celu znalezienia jakiegoś prezentu :-) I jak co roku postanawiamy sobie, że każdy dostanie TYLKO jeden prezent. Każdy się zgadza, ale potem co roku dziwnym trafem jakoś się mnoży tych paczek. Chyba Mikołaj jednak istnieje i nie wie o naszym postanowieniu ;-)
Kurcze…jak mi się świątecznie zrobiło…
Acha i mandarynki kojarzą mi się ze świętami :-) Tak je lubię, że do niedawna dostawałam z dwie skrzyneczki.

A teraz do tych co tu zaglądają…
Lubicie święta Bożego Narodzenia? Macie jakieś fajne wspomnienia z lat młodości :-) Oooo, albo jakieś (nie)ciekawe tradycje?

Sciemniam

Wlasnie siedze w pracy i wariuje. Dzisiejszy dzien jest masakryczny. Jestem niewyspana, nie wychodzi mi dzisiaj robienie czegokolwiek, dostaje oczoplasu od czytania dokumentacji i w ogole czas wolno leci. Najgorszy dzien w ciagu tych dwoch tygodni pracy. Aha…polskich ogonkow nie bedzie bo tutaj nie mam polskiego jezyka, a nie chce mi sie kombinowac.
Jeszcze 45 min i do domu. I weekend, ktory zapewne zleci za szybko. Ten tydzien nie byl najlepszy. Prawie codziennie mnie glowa bolala, bo obok remontuja jakis budynek i non stop wierca. Czuje jakby to w moja glowe sie wwiercali :-)
Dzisiaj dostalam cenna rade na przyszlosc :-) Jak sie mnie ktokolwiek bedzie pytal o termin w jakim skoncze dany projekt, to zawsze mam mowic, ze nie wiem :-) Bo potem jak nie z mojej winy cos sie przedluzy, to i tak wszystko bedzie na mnie :-)
A juz niedlugo zaczna mnie przesladowac z tymi terminami.
Nie ma to jak rady doswiadczonych kolegow ;-)

Ale dobre wiesci sa takie, ze dzisiaj przyszla trzecia ksiazka(“Bez mojej zgody”), ktora zamawialam. Dobrze ze nie przeczytalam duzo Hobbita, bo teraz zaczne ta druga. Juz sie nie moge doczekac…goracy prysznic, herbata i wskakuje z ksiazka do lozka :-)

A jutro mala imprezka. Kolezanka przychodzi ze swoim chlopakiem, ktorego jeszcze nie znam. Ale podobno jest fajny, mily i…umie gotowac :-) Moze zarazi tym Mysze :-) tzn gotowaniem, bo reszta nie trzeba ;-)

Kurcze, chyba przestawie zegarki. Ten czas sie dzisiaj uwzial.
RedBull sie skonczyl, kawy mam dosc, chce do domu!!!

Poradzi sobie

Że tak powiem – ktoś tu zwariował :-)
Moja praca będzie polegać na tym, że dostaje projekt strony w obrazku, muszę go pociąć i przerobić na html’a, potem całość wpakować do tzw. systemu zarządzania treścią, żeby klient sam sobie mógł potem co nieco zmieniać. Systemu tego nie znam, trochę w nim klikałam, ale nie mam zielonego pojęcia jak on działa i gdzie go ugryźć :-)
Ale spoko, mieli mnie przetrenować i nauczyć obsługi :-)
A tu zmiana planów…
mam wpakować taką sobie jedną stronę do tego systemu. Bez treningu, bez niczyjej pomocy. Tylko ja i stos dokumentacji, która jak na razie jest, lekko mówiąc, pokręcona :-)
I usłyszałam tylko, że sobie poradzę. Ogłupieli chyba całkiem :-)
A jak coś to mam pytać chłopaków, którzy i tak już chyba mają mnie dość :-)
I dzisiaj klikałam, pstrykałam, pisałam i kasowała. Co dziwne, na innym kompie coś się pokazuje, a na moim akurat wyskakują jakieś błędy :-)
Niestety nie mogę powiedzieć jak ten cały system się nazywa, ale wierzcie mi, że sama nazwa odzwierciedla jego “prostotę” :-)

Z innej beczki…
czy możecie mi polecić jakieś fajne książki do czytania? Czytam wszystko co interesujące :-)
Właśnie dzisiaj mi przyszły dwie książki, na trzecią jeszcze muszę poczekać. Księgarnia nawala.
Zamówiłam:
“Bez mojej zgody” Jodi Picoult,
“Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkien,
“Uprowadzenie” R. Cook.

6 lat

roze.jpg

Ale ten czas leci.
Za nami już 6 lat…ufff…
Raz jest lepiej, raz jest gorzej, czasami mamy ochotę się pozabijać :-)
Ale w końcu oboje mamy niczego sobie charrrakterki.

Mysza, wszystkiego najlepszego z okazji imienin !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Pierwsze dni

Za mną 8 dni pracy, przede mną… wole nawet nie myśleć :-)
Teraz dopiero zaczynam doceniać weekendy.
Praca jest super. Choć niektórym może wydawać się nudna. Przychodzę na 9, robie sobie kawę i siadam do kompa. Koło 12/13 mam godzinną przerwę na lunch. Niestety z tego całego czasu pracy najszybciej zlatuje właśnie przerwa. Oprócz tej przerwy mogę wyjść się przewietrzyć, ewentualnie na papierosa :-)
Załoga to większość ludzi młodych, szef stary też nie jest ;-)
Nie ma sztywnej atmosfery, nie ma obaw żeby do kogoś zagadać w czasie pracy. W piątki darmowe piwo, wino. Pracę się kończy minimum pół godziny wcześniej i zbieramy się przy prawie okrągłym stole i gadamy :-)
Mam już za sobą imprezę integracyjną, specjalnie zorganizowaną dla nowych pracowników. Nie chciało mi się iść, bo nie przepadam za pizzą i piwem. Ale jak mus to mus :-)
Pizza nie była najlepsza, jadłam jakieś zielsko (wole nie wiedzieć co to było), ale oprócz piwa było też wino, no i zaliczyłam też deser :-) No bo wszystko na koszt firmy :-)
Tylko jednego nie rozumiem – czemu impreza była w czwartek??? Po co robić imprezy w czwartki, jak w piątki do pracy trzeba iść. No ale w sumie, co za różnica jak w Londynie ostatnie metro jeździ gdzieś po północy i jak się nie chce tłuc autobusem nocnym to trzeba wcześniej wyjść.
Na początku stresowałam się strasznie. Siedziałam tam jak na skazaniu, mięśnie spięte, że potem mnie wszystko bolało (kto by pomyślał, że od siedzenia zakwasów można dostać). Dostałam już pierwszy projekt. Dużo się muszę jeszcze nauczyć, ale ludzie są tam przyjaźni i pomocni (no może z pewnymi wyjątkami-ale to przemilczę :-) ), więc o wszystko można pytać. W okresie przyzwyczajania się do nowego otoczenia nie rozliczają mnie zbytnio z wyników pracy.
Ale przyznaję, że gorzej się pracuje tam niż w domu. Tzn. w domu jest cisza i spokój, a tam każdy chodzi, gada. Nie mogłam się skupić, proste rzeczy robiły się skomplikowane, że nie wiedziałam jak się za nie zabrać. Z każdym dniem jest lepiej. No i mam 3.5 dnia urlopu. Trzymam na święta.
Co do wstawania, to jest ciężko, ale ja chyba już zawsze będę śpiochem. A może to będzie kwestia przyzwyczajenia? Jak na razie to przez te wszystkie dni padałam. Nie umiem się zorganizować, nic nie robiłam w domu, nic mi się nie chciało, czas mi gdzieś umykał. Tylko praca, komp i spać. Dobrze że dzieci nie mam, bo bym chyba o nich zapomniała :-)

A dzisiaj wybrałam się na zakupy. Już od jakiegoś czasu szukam kurtki zimowej (nie za ciepłej, nie za cienkiej, takiej w sam raz na londyńską pogodę). No i znalazłam. Teraz jeszcze spodnie, bo chyba coś nie tak z wodą jest tutaj i mi się niektóre pokurczyły ;-) Ale jak mam chodzić po sklepach tutaj, to dostaję drgawek. Nie znoszę tłumów w sklepach. Poza tym nigdy nie lubiłam kupować spodni.