Monthly Archives: March 2007

Dopadło mnie:(

Ostatnio niestety w Londynie nie dopisuje pogoda. Na dworze zimno, pochmurno, pada deszcz, aż się z domu nie chce wychodzić. Na dodatek przyplątało się do mnie jakieś przeziębienie. Nic groźnego, raptem ból gardła, lekka chrypka – do przeżycia. Zainwestowałam w tabletki, łykam witaminy, pije herbatki z malinami albo cytryną (żeby sie uchronić od dalszych etapów choroby). No ale nie udało się całkiem…ból gardła zastąpił katar. A na to już nie znam skutecznego i szybkiego lekarstwa, więc cierpię. Mam nadzieje, że to koniec niespodzianek zdrowotnych, bo nie stać mnie na leczenie w Anglii. Bardziej chyba opłaca się wtedy kupić bilet do domu; a tam nie dość że opieka lekarska, to jeszcze ze strony mamy.

A co do mamy…to dostałam pierwszą paczkę. Czekałam na nią jak małe dziecko. A miałam na co czekać, bo tyle smakołyków tam było. Jednak w Polsce jest najlepsze jedzenie, które ciężko jest zastąpić jakimś innym. I brakuje mi tu polskich produktów. A w naszej okolicy akurat nie ma żadnego polskiego sklepu.

Kolejna przeprowadzka

No i skończyło się jeżdżenie wózeczkiem między półkami. A już zaczynałam się przyzwyczajać do ośmiogodzinnego chodzenia. Miałam pracę, w której zanosiło się na awans (sprawdzałabym zamówienia skompletowane przez osoby jeżdżące wózeczkiem, a jakby dobrze poszło to mogłabym je pakować w kartoniki i wysyłać), miałam też kolegę Manuela (rasy czarnej), który chciał mnie uczyć angielskiego. A ja zostawiłam to wszystko i przyjechałam do Londynu. Troche ciężko jest mi się przyzwyczaić do tutejszego życia, chociaż jest już coraz lepiej. Najgorsze jest to że znowu musze szukać pracy, ale tym razem bardziej ambitnej. No chyba że mi się nie uda, to schowam te swoje ambicje na jakiś czas. Od początku pobytu w Londynie byłam zdana tylko na siebie (Bartek niestety wraca z pracy ok.18), co mnie przerażało. Teraz już nie boję się wyjść z mieszkania. Ale najgorsze były formalności z mieszkaniem,a konkretnie przepisanie rachunków za prąd i wodę na nasze nazwiska i załatwienie internetu. Wszystko przez telefon, co było powodem naszego stresu. Strasznie szybko i niewyraźnie mówia, do tego jeszcze czasem coś zatrzeszczy w słuchawce. Tutaj dopiero jest intensywny kurs angielskiego.

25 lat minęło

U mnie nic nowego się nie dzieje. Jedynie tylko, że jakiś czas temu minęło ćwierć wieku jak żyje na tym świecie. Nie szykowałam żadnej imprezy, nie spodziewałam się żadnych prezentów. A tu…niespodzianka. Przyjechałam z pracy i czekał na mnie obiad…mniam…mniam. Zjadłam i poszłam się wylegiwać w wannie. Przychodzę do pokoju, a tu współlokatorzy na mnie czekają z winem. Za chwile wchodzi Bartek z tortem, na którym nawet świeczka była (25 by się nie zmieściło). I prezenty dostałam. Nie spodziewałam się takiej niespodzianki, przeżywałam to jeszcze kilka dni. Tym bardziej, że im bliżej było moich urodzin, tym humor mi się pogarszał. Jakoś mało optymistycznie nastrajał mnie ten dzień (chyba dlatego, że tak daleko od znajomych). No i wiedziałam, że Zuśka nie wpadnie do mnie z Piccolo. Ale na szczęście miło wspominam ten dzień.
W dniu swoich urodzin zmieniłam też pracę. Dalej pracuję fizycznie. Ale dzięki temu doświadczeniu doceniam swój dyplom magistra. Bo nie zniosłabym myśli, że muszę tak pracować przez najbliższe 40 lat. A tak mam szanse popracować kiedyś umysłowo.
Teraz dostałam taki oto wózeczek:

Do tego jeszcze skaner kodów kreskowych i jeżdżę 8 godz między takimi półkami:

         

i zbieram produkty do poszczególnych zamówień.

Super praca, można zakwasów dostać. Ale może już niedługo, kwestia znalezienia mieszkania w Londynie. Wtedy zacznie się od nowa poszukiwanie pracy.