Monthly Archives: February 2007

Wormer for rabbits:)

Nie wiem od czego zacząć. Mam zaległości więc cofam się do dnia 13.02.2007…Mój telefon po długim okresie spoczynku nagle zadzwonił…i PANIKA. Pierwsza myśl to czy odebrać. Dzwonił Pan ze sklepu, w którym zostawiłam swoje CV. No i za 2 godziny byłam na pierwszym interview. Było nieźle, Pan był całkiem miły. Nie przypuszczałam, że potrafię się tak rozgadać po angielsku. Pierwszy etap był za mną. Na drugi dzień miałam drugą część rozmowy, tym razem z kimś wyżej postawionym. Niestety tym razem nie było tak fajnie. Facet był miły, ale problem się pojawił, jak chciał pogadać o polityce i ekonomii. Tym sposobem chciał się przekonać, czy rzeczywiście studiowałam ekonomie. Jak mu powiedziałam, że mam dyplom, to on stwierdził, że mogłam jechać do Afryki i tam go sobie kupić. Maglował mnie około godziny. Byłam wściekła i chciałam uciec. A on określił, że mimo że mój język jest "bad", to przyjmie mnie do pracy. Niezbyt byłam zadowolona. Okazało się jednak, że nie jest to pełny etat. Ale zgodziłam się, bo dobre i to, jak nic innego nie ma. Miałam zacząć w piątek. To jedną pracę już mam!
W ten sam dzień dostałam też drugą, bo zadzwonili z agencji pośrednictwa pracy, że potrzebują kogoś do pracy w magazynie farmaceutycznym. Wybrałam magazyn. Właśnie dziś minął trzeci dzień pracy tam; zarobiłam około 800zł, co było moją motywacją do pracy. Przeliczałam sumkę na złotówki, bo dużej tej motywacji potrzebowałam. Przez całe 8 godz każdego dnia rozpakowywałam z kartoników ‘wormers for rabbits’ i wkładałam wszystkie do jednego większego kartonu. Bardzo ekscytujące. W dodatku dwóch chłopaków, z którymi pracowałam, nie odzywali się prawie w ogóle przez wszystkie te godziny. Nawet pogadać nie mogłam. Ale ponieważ pomagałam im wykonywać tą czarną robotę, chyba mnie polubili, bo na komputerze ustawili wygaszacz ekranu z tekstem “Keep Ola with us”. Ale nie ma głupich…zmieniam magazyn…tutaj nawet nadgodzin nie ma, a my kasy potrzebujemy bo niedługo przeprowadzka do Londynu…Mysza znalazł prace w zawodzie.

Pierwszy dzień

Doleciałam na miejsce w całości. Przyznam się, że trochę byłam przerażona nowym miejscem i tym co mnie tu czeka. Ale to chyba wina zmęczenia podróżą. Wszystko widziałam w czarnych barwach. To było wczoraj. No a dzisiaj… świeci słońce, ale moja wizja świata dalej w ciemnych barwach…może nie czarnych, ale nadal szarych. Mam tylko nadzieję, że niedługo nabierze koloru. Mieszkamy w Milton Keynes. Fajne miasto, ale bardzo rozległe. Mamy spory kawałek do centrum. Ale centrum mają wypasione – galeria handlowa jest tak duża, że można się zgubić. No i Xscape – centrum rozrywki, gdzie m.in. można pojeździć na nartach. Chwilowo z tych rozrywek nie skorzystam…najpierw muszę znaleźć prace. Ale tym zajmę się w poniedziałek. Pocieszające jest to, że nie będzie problemów z otworzeniem konta w banku. A i jeszcze…Anglicy mają dziwny sposób myślenia – zakładając kran, zrobili osobno na zimną i ciepłą wodę. Śmieszne to nie jest jak mam się umyć, bo są w takiej odległości od siebie, że najpierw nabieram w ręce trochę zimnej wody, a potem szybko przechodzę do gorącej…i chluuuust na twarz.