2007

Swieta swieta i po swietach

Wrocilam, albo inaczej-znowu wyjechalam.
Wczoraj, a razej dzisiaj wrocilam do Londynu. A teraz siedze w pracy (dlatego znowu nie ma Polskich ogonkow) i robie wszystko zeby nie usnac. Raptem w pracy jest 8 ludzi, wiekszosc sie pospozniala przeszlo godzine, szefow nie ma, cisza i spokoj. Ale oczywiscie wszyscy solidnie pracuja, nikt sie nie obija, siedzimy punktualnie do godziny 17.30 :-) Nie marnujemy ostatniego dnia w tym roku :-)
A ja zeby sie za bardzo nie przepracowac, to zajrzalam na bloga.
Swieta minely za szybko. Jakos tak zabraklo mi dnia, zeby spokojnie posiedziec, nie ruszajac sie z domu.
Ale ogolnie bylo fajnie-jak to w domu. Tylko jakos tak zimniej bylo niz w Londynie. Oczywiscie porobilam kolejne setki zdjec swoim zwierzakom :-)
No i Mikolaj mnie odwiedzil. W koncu caly rok sie staralam byc grzeczna, a latwe to nie bylo :-)
A w tym roku bardziej mi sie podobalo, bo sama zabawilam sie w swietego mikolaja, no i zaszalalam z prezentami. Slyszalam, ze dawanie prezentow jest fajne, ale nie przypuszczalam ze sprawi mi to az tyle radosci.
Na szczescie duzej rodziny nie mam :-)

I w tym roku mialam dwie Wigilie. Jedna w licznym gronie-okolo 20 osob. Bylo fajnie, wesolo, ale przyzwyczajona jednak jestem do 4-osobowej rodziny. Dzielenie sie oplatkiem z kazdym z osobna mnie wykonczylo. No az sie spocilam ;-)
Bylo jeszcze troche atrakcji, ale niestety nie moge opisac, bo na tym blogu obowiazuje cenzura ;-)
Musze chyba pomyslec o drugim blogu, w stylu “czarna strona mocy” :-)

ZYCZE WSZYSTKIM
Szczesliwego Nowego Roku!, Happy New Year!, Feliz Año Nuevo!, chúc mừng năm mới! a nawet 新年快乐 :)

3 dni

i do domu. Już się doczekać nie mogę. Jednak 6 miesięcy nieobecności to dla mnie za długo. A te ostatnie dni tak mi się jakoś dłużą. Mam nadzieję, że w pracy dostanę coś ciekawego do roboty, to czas mi przynajmniej szybko zleci.
Prezenty kupione – mogę jechać :-)
Odnośnie prezentów…postanowiliśmy sobie kupić telefony. Wybrałam sobie Nokie E65. Niestety radość moja trwała krótko, okazało się, że telefon ma luźną klapkę. Niby drobiazg, ale wkurza mnie strasznie, a przy włączonej wibracji brzęczy…brrrrr…
Poszłam dzisiaj do sklepu, tłumacze co i jak, i uffff wymienią mi. Ale Mysza musi przyjść, bo telefon jest na niego. Także jutro się okaże, czy rzeczywiście dostanę nowy.

W piątek byliśmy na Christmas Party… u szefa w mieszkaniu. Nie chciało mi się iść, ale ciekawość mnie zżerała ;-)
I nie żałuję. Szampan się lał i to dosłownie, jadłam coś, co wolę nie wiedzieć co to było, ale było dobre :-) Pogadałam, pośmiałam się i wróciłam padnięta do domu.
No i od wtorku mamy nowego pracownika. Już nie będę najnowsza :-)

Ciężki dzień

Dzisiaj był długi dzień. Coś mnie przeziębienie bierze, od rana katar, kicham i czuje się nie teges (ale to możliwe że katar wszystkiemu winien). I nie ma to jak siedzieć zasmarkana w pracy. O jak się męczyłam :-) Kombinowałam jakby tu się wcześniej zwolnić, ale jakoś tak zeszło do końca na tym kombinowaniu. Po drodze do domu zaopatrzyłam się w dragi, pomarańcze i pomaszerowałam na metro. Jedna linia metra zawalona ludźmi jeszcze przed wejściem na peron. Poszłam na inną. Chciałam podjechać jedną stację i się przesiąść, ale pomyliłam stację Aldgate z Aldgate East i wsiadłam nie do tego pociągu…brrrr. Musiałam się wrócić. A jak już wróciłam to tyle się tam ludzi namnożyło, że nie mogłam wejść na peron. Masakra. Coś metra dzisiaj odmawiały posłuszeństwa.
Jak już wsiadłam to pociąg czekał kilka minut bo coś tam gdzieś tam się stało. Myślałam że oszaleję. Jedyną pociechą było to, że mam katar i nie czułam tych “zapachów” otaczającego mnie tłumu :-)
No ale jakoś dojechałam (z 45min opóźnieniem).

W pracy, oprócz tego, że ledwo wysiedziałam jest “coraz lepiej”. Dzisiaj dostałam do zrobienia stronę jakiegoś biura turystycznego. Niby wszystko ok, ale muszę ją skończyć do tego piątku. Jasne…4 dni…dla mnie to nierealne, zwłaszcza że prawie wszystkie te rzeczy są dla mnie całkiem nowe i nie mam zielonego pojęcia, jak się za nie zabrać.
I jak się tu nie stresować???

Spadam się leczyć przepyszną nalewką ;-)

Leń

I znowu poniedziałek. Jutro do pracy, a mi się tak już nie chce. Czekam i czekam kiedy wreszcie będzie 20.12. I się doczekać coś nie mogę. Jeszcze do tego Mysza mi “dołożył” :-) i ma poniedziałek i wtorek i połowę czwartku wolne. A ja nieeeeee :-( Ja nie chcę sama wstawać.
Ja chcę do mamy…i do swoich zwierzaków ;-)
To idę spać, bo jutro znowu ciemno, szaro, zimno, ponuro, deszczowo i w ogóle bleee, a ja będę musiała wyjść z ciepłego łóżka.
Chyba zacznę grać w angielskiego toto-lotka.

Dostałam dzisiaj informacje na temat kampanii STOP Rakowi Szyjki Macicy. Dla zainteresowanych poniżej podaje link, gdzie można podpisać się pod petycją:

WPISZ SIĘ

Trochę informacji na ten temat:

Każdego roku 50,000 kobiet zachorowuje na raka szyjki macicy, a 25,000 umiera na tę chorobę chociaż wiadomo, że profilaktyczne programy walki z tą chorobą mogą zapobiec praktycznie każdemu przypadkowi zachorowania.

Niestety większość kobiet nie ma dostępu do tych programów. Wprawdzie badania cytologiczne są dostępne w całej Europie, ale głównie dla tych kobiet, które wiedzą, że mogą o nie poprosić lub dla tych, które stać, by za nie zapłaciċ. W tej sytuacji kobiety zamożne i dobrze wykształcone są chronione, podczas gdy te mniej zamożne zachorowują na raka.

Rak szyjki macicy jest szczególną odmianą raka, ponieważ jest szansa na całkowite jego wyeliminowanie poprzez specjalne programy profilaktyczne, jednak niestety tylko w niektórych krajach są one dostępne. Powinno to zostać zmienione, tak by wszystkie kobiety w Europie miały równy dostęp do odpowiedniej ochrony przed tą chorobą.

Petycja STOP Rakowi Szyjki Macicy to petycja wzywająca Parlament Europejski oraz Komisję Europejską i wszystkie rządy europejskie do wprowadznia zorganizowanych programów, które byłyby dostępne dla wszystkich kobiet. Petycję tę można znaleźć tutaj:

http://www.cervicalcancerpetition.eu/

Zdobycie miliona podpisów do 22 stycznia 2008 roku (tego dnia upłynie termin petycji) pozwoli na wytworzenie politycznego nacisku i skłonienie Komisji Europejskiej do zmiany prawa.

Dzień za dniem

Życie człowieka pracującego, czyli mnie, jest nudne.
Chwilowo wpadłam w rutynę, mam nadzieję tylko, że jest to zimowa rutyna. Pobudka, praca, przychodzę po godz. 18 i nie wiem co robić.
Znowu do kompa? Telewizora jeszcze się nie dorobiliśmy, więc zostaje tylko książka. Zimno, ciemno, deszczowo, przez co w ogóle nie chce się wychodzić z domu. Jak mam ochotę iść na basen, to Mysza znowu łapie lenia. A samej to też mi się nie chce ruszyć tyłka :-)
I w taki to oto sposób zlatują kolejne dni. W sumie to dobrze, bo szybko zleci do wyjazdu do domu, no i żeby ta zima już sobie poszła.

Bez mojej zgody

bez_zgody.jpg

O książce dowiedziałam się z bloga Chiary Kupiłam ją tylko, że w wersji polskiej i wczoraj skończyłam ją czytać. Książka jest z tych, które od pierwszych stron mnie zainteresowały. Zakończenie mnie zaskoczyło, może trochę byłam “rozczarowana”, choć ciężko mi powiedzieć jakie byłoby lepsze (oczywiście pomijając takie, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie). Przez cały czas myślałam, co ja bym zrobiła na miejscu każdej z osób i zdanie zmieniałam co kilka kartek.
Oczywiście na koniec ryczałam jak głupia.

 

Opis:
Anna została poczęta, by zostać dawczynią szpiku dla swej siostry, Kate. Nigdy nie kwestionowała tej roli, choć musi żyć tak, jakby była ciężko chora.
Ma dopiero trzynaście lat, a już przeszła niezliczone zabiegi operacyjne, by jej starsza siostra miała szansę wyleczyć się z białaczki. Jak większość nastolatków, Anna zastanawia się, kim jest; inaczej jednak niż przeciętna nastolatka ma poukładane życie: istnieje właściwie wyłącznie jako dopełnienie siostry. Dlatego podejmuje decyzję, która zagrozi jej rodzinie i prawdopodobnie będzie mieć fatalne konsekwencje dla Kate.

Wyczytałam, że będzie ekranizacja tej książki. Produkcja filmu rozpocznie się w marcu 2008r.

Tags:

Sama

Nareszcie weekend. Samotny niestety lub stety (zależy jak na to patrzeć) :-)
Mysza w piątek wyjechał do Polski, wraca w poniedziałek. Więc teoretycznie siedzę sama, praktycznie z drugim Bartkiem, który i tak jutro idzie do pracy.
Dzisiejszy dzień raczej spędzę przy kompie. Ponieważ wczoraj w pracy się TROCHĘ obijałam (nie tylko z lenistwa), to dzisiaj muszę nadrobić zaległości. Tak mi się nie chce, bo muszę zmienić coś co wcześniej zrobiłam w inny (jak się okazało niezbyt trafny) sposób.
Ale najważniejsza wiadomość…już na 100% przyjadę na święta do domu. Już od kilku miesięcy miałam bilet kupiony, ale brakuje mi 1,5 dnia urlopu no i nie wiedziałam jak to wyjdzie. W końcu pracuję tu kilka tygodni i nie wiem, czy mogę liczyć na jakieś ulgi.
Wczoraj się odważyłam zapytać. Trwało to może z kilka sekund. Powiedziałam co i jak, a szefunio odpowiedział z tym swoim “szczerym” angielsko-australijskim uśmiechem: “no problem, no problem”. Uff…udało się, muszę mu tylko maila wysłać, żeby pamiętał. Zapewne potrącą mi ten dzień z wypłaty. Ale to nic, najważniejsze że święta spędzę z rodziną.
Zresztą to dziwne, bo nigdy (jak stałam się dorosła :-) ) nie przepadałam za świętami. Jakoś nie skakałam z radości, że przez te dni tylko się siedzi, je i siedzi i je :-) O ile pogoda dopisze wyskoczy się na sanki czy inny spacer. I z tego powodu marzyły mi się święta gdzieś daleko od domu, na jakiś Karaibach czy innych rejonach zagrożonych tsunami :-) Bez tych wszystkich przygotowań świątecznych. Jedynie co lubiłam zawsze to kupowanie prezentów.
No ale…teraz chcemmmmmm na święta do domu. Chcę się nudzić, siedzieć i oglądać kolejny raz te same filmy (przynajmniej obejrzę tv bo od miesięcy nie miałam pilota w ręku).
Nawet choinkę mogę POMÓC ubrać (choć nie całkiem to jeszcze polubiłam).
Ale najfajniejszym momentem jest wkładanie prezentów pod choinkę. Każdy patrzy czy nikt nie patrzy, opróżnia szafy, komody, tapczany :-) Bo nie wyrosłam jeszcze z przeszukiwania domu w celu znalezienia jakiegoś prezentu :-) I jak co roku postanawiamy sobie, że każdy dostanie TYLKO jeden prezent. Każdy się zgadza, ale potem co roku dziwnym trafem jakoś się mnoży tych paczek. Chyba Mikołaj jednak istnieje i nie wie o naszym postanowieniu ;-)
Kurcze…jak mi się świątecznie zrobiło…
Acha i mandarynki kojarzą mi się ze świętami :-) Tak je lubię, że do niedawna dostawałam z dwie skrzyneczki.

A teraz do tych co tu zaglądają…
Lubicie święta Bożego Narodzenia? Macie jakieś fajne wspomnienia z lat młodości :-) Oooo, albo jakieś (nie)ciekawe tradycje?

Sciemniam

Wlasnie siedze w pracy i wariuje. Dzisiejszy dzien jest masakryczny. Jestem niewyspana, nie wychodzi mi dzisiaj robienie czegokolwiek, dostaje oczoplasu od czytania dokumentacji i w ogole czas wolno leci. Najgorszy dzien w ciagu tych dwoch tygodni pracy. Aha…polskich ogonkow nie bedzie bo tutaj nie mam polskiego jezyka, a nie chce mi sie kombinowac.
Jeszcze 45 min i do domu. I weekend, ktory zapewne zleci za szybko. Ten tydzien nie byl najlepszy. Prawie codziennie mnie glowa bolala, bo obok remontuja jakis budynek i non stop wierca. Czuje jakby to w moja glowe sie wwiercali :-)
Dzisiaj dostalam cenna rade na przyszlosc :-) Jak sie mnie ktokolwiek bedzie pytal o termin w jakim skoncze dany projekt, to zawsze mam mowic, ze nie wiem :-) Bo potem jak nie z mojej winy cos sie przedluzy, to i tak wszystko bedzie na mnie :-)
A juz niedlugo zaczna mnie przesladowac z tymi terminami.
Nie ma to jak rady doswiadczonych kolegow ;-)

Ale dobre wiesci sa takie, ze dzisiaj przyszla trzecia ksiazka(“Bez mojej zgody”), ktora zamawialam. Dobrze ze nie przeczytalam duzo Hobbita, bo teraz zaczne ta druga. Juz sie nie moge doczekac…goracy prysznic, herbata i wskakuje z ksiazka do lozka :-)

A jutro mala imprezka. Kolezanka przychodzi ze swoim chlopakiem, ktorego jeszcze nie znam. Ale podobno jest fajny, mily i…umie gotowac :-) Moze zarazi tym Mysze :-) tzn gotowaniem, bo reszta nie trzeba ;-)

Kurcze, chyba przestawie zegarki. Ten czas sie dzisiaj uwzial.
RedBull sie skonczyl, kawy mam dosc, chce do domu!!!

Poradzi sobie

Że tak powiem – ktoś tu zwariował :-)
Moja praca będzie polegać na tym, że dostaje projekt strony w obrazku, muszę go pociąć i przerobić na html’a, potem całość wpakować do tzw. systemu zarządzania treścią, żeby klient sam sobie mógł potem co nieco zmieniać. Systemu tego nie znam, trochę w nim klikałam, ale nie mam zielonego pojęcia jak on działa i gdzie go ugryźć :-)
Ale spoko, mieli mnie przetrenować i nauczyć obsługi :-)
A tu zmiana planów…
mam wpakować taką sobie jedną stronę do tego systemu. Bez treningu, bez niczyjej pomocy. Tylko ja i stos dokumentacji, która jak na razie jest, lekko mówiąc, pokręcona :-)
I usłyszałam tylko, że sobie poradzę. Ogłupieli chyba całkiem :-)
A jak coś to mam pytać chłopaków, którzy i tak już chyba mają mnie dość :-)
I dzisiaj klikałam, pstrykałam, pisałam i kasowała. Co dziwne, na innym kompie coś się pokazuje, a na moim akurat wyskakują jakieś błędy :-)
Niestety nie mogę powiedzieć jak ten cały system się nazywa, ale wierzcie mi, że sama nazwa odzwierciedla jego “prostotę” :-)

Z innej beczki…
czy możecie mi polecić jakieś fajne książki do czytania? Czytam wszystko co interesujące :-)
Właśnie dzisiaj mi przyszły dwie książki, na trzecią jeszcze muszę poczekać. Księgarnia nawala.
Zamówiłam:
“Bez mojej zgody” Jodi Picoult,
“Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkien,
“Uprowadzenie” R. Cook.

6 lat

roze.jpg

Ale ten czas leci.
Za nami już 6 lat…ufff…
Raz jest lepiej, raz jest gorzej, czasami mamy ochotę się pozabijać :-)
Ale w końcu oboje mamy niczego sobie charrrakterki.

Mysza, wszystkiego najlepszego z okazji imienin !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Pierwsze dni

Za mną 8 dni pracy, przede mną… wole nawet nie myśleć :-)
Teraz dopiero zaczynam doceniać weekendy.
Praca jest super. Choć niektórym może wydawać się nudna. Przychodzę na 9, robie sobie kawę i siadam do kompa. Koło 12/13 mam godzinną przerwę na lunch. Niestety z tego całego czasu pracy najszybciej zlatuje właśnie przerwa. Oprócz tej przerwy mogę wyjść się przewietrzyć, ewentualnie na papierosa :-)
Załoga to większość ludzi młodych, szef stary też nie jest ;-)
Nie ma sztywnej atmosfery, nie ma obaw żeby do kogoś zagadać w czasie pracy. W piątki darmowe piwo, wino. Pracę się kończy minimum pół godziny wcześniej i zbieramy się przy prawie okrągłym stole i gadamy :-)
Mam już za sobą imprezę integracyjną, specjalnie zorganizowaną dla nowych pracowników. Nie chciało mi się iść, bo nie przepadam za pizzą i piwem. Ale jak mus to mus :-)
Pizza nie była najlepsza, jadłam jakieś zielsko (wole nie wiedzieć co to było), ale oprócz piwa było też wino, no i zaliczyłam też deser :-) No bo wszystko na koszt firmy :-)
Tylko jednego nie rozumiem – czemu impreza była w czwartek??? Po co robić imprezy w czwartki, jak w piątki do pracy trzeba iść. No ale w sumie, co za różnica jak w Londynie ostatnie metro jeździ gdzieś po północy i jak się nie chce tłuc autobusem nocnym to trzeba wcześniej wyjść.
Na początku stresowałam się strasznie. Siedziałam tam jak na skazaniu, mięśnie spięte, że potem mnie wszystko bolało (kto by pomyślał, że od siedzenia zakwasów można dostać). Dostałam już pierwszy projekt. Dużo się muszę jeszcze nauczyć, ale ludzie są tam przyjaźni i pomocni (no może z pewnymi wyjątkami-ale to przemilczę :-) ), więc o wszystko można pytać. W okresie przyzwyczajania się do nowego otoczenia nie rozliczają mnie zbytnio z wyników pracy.
Ale przyznaję, że gorzej się pracuje tam niż w domu. Tzn. w domu jest cisza i spokój, a tam każdy chodzi, gada. Nie mogłam się skupić, proste rzeczy robiły się skomplikowane, że nie wiedziałam jak się za nie zabrać. Z każdym dniem jest lepiej. No i mam 3.5 dnia urlopu. Trzymam na święta.
Co do wstawania, to jest ciężko, ale ja chyba już zawsze będę śpiochem. A może to będzie kwestia przyzwyczajenia? Jak na razie to przez te wszystkie dni padałam. Nie umiem się zorganizować, nic nie robiłam w domu, nic mi się nie chciało, czas mi gdzieś umykał. Tylko praca, komp i spać. Dobrze że dzieci nie mam, bo bym chyba o nich zapomniała :-)

A dzisiaj wybrałam się na zakupy. Już od jakiegoś czasu szukam kurtki zimowej (nie za ciepłej, nie za cienkiej, takiej w sam raz na londyńską pogodę). No i znalazłam. Teraz jeszcze spodnie, bo chyba coś nie tak z wodą jest tutaj i mi się niektóre pokurczyły ;-) Ale jak mam chodzić po sklepach tutaj, to dostaję drgawek. Nie znoszę tłumów w sklepach. Poza tym nigdy nie lubiłam kupować spodni.

Bronie się

No i w domu jakby szpital. Chłopaki się pochorowali. Najpierw jeden – jak już się prawie wyleczył, to drugi. Przewijają się teraz herbatki z cytryną i miodem, herbatki z wstawką :-) witaminy i inne dragi. Kichają, smarkają i marudzą – jak dzieci.
A ja się cały czas bronię, czyli jak mi się przypomni to wezmę jakieś witaminy i mam nadzieję, że się uchowam :-) .No chyba, że mam wypić herbatę z wstawką, to pierwszy ochotnik ze mnie ;-) .Tak się dobrze po niej śpi :-)

Kontrakt

Dostałam dzisiaj kontrakt. Tylko muszę podpisać i odesłać. Czyli już nie mogą ze mnie zrezygnować, bo sami też już podpisali :-)

Mam pracę…mam pracę…jupppiiii…jupppiiii…
Tak się cieszę, że mogłabym tańczyć na ulicy :-)
Zaproponowali mi pełny etat, przyznając że musieli mnie najpierw sprawdzić. Nieważne.
W dodatku zapłacili za ten projekt, co już zrobiłam.
Od środy zaczynam, więc jeszcze kilka dni będę odsypiać na zapas. Bo jak dla mnie wstawanie nawet na 9:00 do pracy do koszmar :-) Ale nareszcie mam normalną pracę, będę robić to co (chwilowo) lubię :-) ,w dodatku godziny pracy od 9:00 do 17:30, wolne weekendy, wszystkie święta i bank holiday. Motywacja do pracy jest niezła ;-)
Tylko ta moja radość zaczyna się powoli przeradzać w niepokój.
Nowe środowisko, nowi ludzie, nowe obowiązki, zadania itp – wszystko co nowe zawsze mnie przeraża. Nie lubię być nowa :-)
Teraz to dopiero zacznę się stresować.

Uff

Pół dnia spędzone w kuchni. Na szczęście ze smacznym rezultatem :-) To do mnie nie podobne, tym bardziej jestem z siebie dumna :-)
Zachciało mi się gołąbków, a że niestety do mamy daleko musiałam sobie radzić sama. Dzięki przepisowi i telefonicznej konferencji zachcianka została spełniona. I pierwszy raz w życiu zrobiłam gołąbki. I były dobre :-) . W sumie większych trudności nie było, oprócz trochę małej kapusty (ale większej nie znalazłam a nie chciało mi się jeździć po całym Londynie) i ryżu, który dziwnym trafem tak urósł, że zajął cały garnek. Ciut więcej i by mi garnka zabrakło :-)
No i stwierdziłam, że jak już mi się tyle ryżu zrobiło, to zrobię więcej gołąbków. I tak wyszło dokładnie 37 :-) Siedzą już w zamrażarce, razem z kotletami które zrobiłam z reszty mięsa. No po prostu cud jakiś czy co? Tyle czasu w kuchni spędziłam i to z własnej woli :-)

Dzwonili dzisiaj do mnie z tej firmy, co im projekt robiłam. Projekt sprawdzili i jest wszystko ok. Jutro się ze mną umówili na spotkanie. A ja w duchu mam nadzieję, że zaproponują mi już pracę stałą ;-)
Trzymajcie kciuki!!!

A tak chciałam

zagłosować…
Zarejestrowałam się jak tylko dowiedziałam się, że już można (przez internet). Mogłam sobie wybrać nawet miejsce, więc wybrałam ambasadę. Poszłam tam dzisiaj i się załamałam. Takiej kolejki to jeszcze nie widziałam. Stwierdziłam że przyjdę później. Ale dojrzeliśmy kolegę, który był już blisko wejścia i się po cichu wcisnęłam. Niestety nic to nie dało, bo Pani w ambasadzie poinformowała mnie, że tutaj tylko głosują ludzie z nazwiskami na “A-K”. Ja muszę iść do konsulatu.
Haaaaalooooo… przecież dostałam potwierdzenie, że mam się stawić właśnie do ambasady. No cóż…widocznie nie przewidzieli takiej liczby ludzi i zmienili zasady :-( Dobrze że nie stałam w tej kolejce, bo bym się nieźle wkurzyła.
Poszłam do konsulatu, a tam nie lepiej. Jakoś nie chciało mi się marnować takiej pogody na bezczynne stanie w kolejce. Kolega stał 3 godz. Masakra!!!
Byliśmy w parku i wróciliśmy po kilku godzinach, ale było znacznie gorzej.
Dla tych co nie byli i nie widzieli, to kolejka była taka (czerwona linia):

mapa.jpg

I mimo że naprawdę chciałam zagłosować, to się przeraziłam i wróciłam do domu. Jakby co to następnym razem przyjdę o godzinie 6:00 ;-)

A tutaj jeszcze fotki. Nie widać na nich wszystkiego, ale może uda mi się niedługo wrzucić panoramę.

dsc_1041.jpg

dsc_1043.jpg

dsc_1062.jpg

Tags: ,

Powiew dyskryminacji?!

Notka trochę zmodyfikowana. Co niektórzy zapewne zdążyli już przeczytać jej pierwotną wersję, ale tamte informację już są nieaktualne :-)

Im dłużej jestem w Anglii, tym częściej zaczynam dostrzegać dyskryminację rasową, a zwłaszcza jeśli chodzi o kasę. Anglik przeważnie (zależy zapewne od firmy i szefostwa) zarabia więcej na tym samym stanowisku co np. Polak (czy inny imigrant), co nie oznacza, że ma on większe umiejętności. Ok, rozumiem jeśli pracodawca ma do wyboru: Anglik-Imigrant o mniej więcej wyrównanym poziomie umiejętności czy doświadczenia – przyjmie Anglika. Sama przecież bym wybrała Polaka :-)
Ale jeśli taka mieszanka pracuje w jednej firmie, to jakoś szybciej awansuje, czy dostanie podwyżkę Anglik. Znam pewną firmę, gdzie Polka jest managerem. I o dziwo…Anglików traktuje lepiej niż Polaków. Anglika boli brzuszek – spokojnie może iść do domu – pana Iksińskiego ściągniemy z dnia wolnego. Ale jak p.Iksiński umiera z bólu, to oferuje mu tabletkę :-) Hmmm…ale w tym wypadku to raczej jest wykorzystywanie rodaków, aby awansować. W końcu rzadko który Polak się poskarży, a wszystko chodzi jak w zegarku :-) Tylko jakoś ten awans nie nadchodzi, a biedaczka pracuje 24/7. Czyżby Angole znaleźli sobie jelenia??? :-)

A teraz część zmodyfikowana…

Jak pisałam wcześniej byłam na dwóch rozmowach o prace. Oddzwonili z firmy X, na której bardziej mi zależało. Umówiłam się na spotkanie, bo mieli ze mną coś przedyskutować. Ja tu myślałam, że pogadamy o warunkach pracy, a tu…
powiedzieli, że jeszcze nie skończyli przeprowadzać rozmów ze wszystkimi kandydatami i na razie mogą mi zaproponować zrobienie kilku projektów zdalnie; to będzie dla mnie niby okazja do zaprezentowania swoich umiejętności a oni akurat skończą proces rekrutacyjny. Jak się sprawdzę to zaproponują mi full time.
Hmmm… jak dla mnie to trochę dziwne, bo albo się kogoś przyjmuje albo nie. I wtedy jest zazwyczaj okres próbny. W dodatku test napisałam na 100% :D .
No i pomyślałam sobie, że nie wierzą w moje umiejętności (przez to że jestem kobietą), a na teście albo ściągałam :-) albo miałam farta. A że zrozumiałam, że tylko mnie kopnął taki zaszczyt, no to co… od razu pomyślałam o dyskryminacji :-)
Tylko że z nieoficjalnego źródła dowiedziałam się, że szefostwo postanowiło w taki sposób sprawdzić wszystkich kandydatów. No cóż musiałam źle zrozumieć, albo zmienili zdanie :-)
Tak czy siak nic to nie zmienia bo na tej pracy i tak mi zależy :-) ; wczoraj odesłałam pierwszy projekt. Czekam na ciąg dalszy.

Na pamiątkę:)

Krótki wpis, żeby zaznaczyć że jest godz. 02:30 (Londyn), a ja dopiero skończyłam robić projekt. Będę miała pamiątkę, jaka kiedyś pracowita byłam :-)
Wszelkie wyjaśnienia w następnej notce – jak już odeśpię te godziny spędzone przed kompem.

Nauczycielka

Jak byłam mała chciałam być m.in. przedszkolanką, fryzjerką, chyba lekarką, nawet zakonnica się gdzieś przewijała :-) Ale najdłużej chciałam być nauczycielką. Nawet podanie na studia matematyczne składałam. I gdybym wygrała w totka to bym chyba i nawet dzisiaj się na to zdecydowała. Zawsze lubiłam wszystkim tłumaczyć to i owo i nawet miałam do tego sporo cierpliwości :-) Poza tym wakacje, ferie, wolne święta i weekendy. No niestety jako osoba racjonalnie myśląca (tak mi się przynajmniej zdaje) stwierdziłam, że w tym zawodzie się nie dorobię fortuny :-) i zrezygnowałam z marzeń :-)
W sumie mi się to opłaciło, bo zaczęłam udzielać korków (moja cierpliwość wtedy często była wystawiana na ciężkie próby). Wyjazd do Londynu przerwał moją karierę nauczyciela, co może i szkoda bo trafiłam na niszę na rynku szczecińskim.
Ale…
dzisiaj miałam swój debiut jako nauczycielka tylko i wyłącznie z powołania :-)
Na ochotnika wstałam po godz. 7:00 i pojechałam z koleżanką do Polskiej szkoły, jako jej pomoc (oczywiście wolontariat).
19 zbyt energicznych, głośnych i przekrzykujących się dzieciaków (7-latków). Każde z osobna domaga się zainteresowania. Wyssały ze mnie cała energię, mimo dwóch kaw po 3 godzinach chciałam tylko spać. No ale co tu oczekiwać jak nie miałam do czynienia z dziećmi, a tu cała zgraja była :-) Poziom grupy zróżnicowany; jedni umieją czytać, dla innych “J” czy “L” to żadna różnica. Ale i tak mi się podobało, a te dzieciaki po prostu są fajne. Na chwilę zostałam Panią Olą :-) tłumaczyłam wszystko każdemu z osobna, stawiałam gwiazdki i uśmieszki, przypomniałam sobie “baloniku nasz malutki…”, “stary niedźwiedź…” i poznałam “iskierkę” ;-)
Chyba tam jeszcze wrócę.

Wypompowana

Byłam i nawet przeżyłam. Nie było tak drastycznie, choć jak szłam na drugą rozmowę to chciałam zwiać :-) Żołądek miałam w gardle i dostałam drgawek.
Na pierwszej rozmowie wypełniłam jakiś formularz, a potem 15 min gadki. Nie było nic ciekawego.
Za to na drugiej jak tylko zobaczyłam gościa, z którym miałam interview to jakoś tak pewniej sie poczułam. Taki mały, chuderlawy i ubrany hmmm… tak jakoś mało po męsku jak dla mnie ;-)
A najśmieszniejsze było to jak on mówił…miał przerywniki w postaci: aaaaaaaaaaaaaaaaaaa… mówi coś mówi… aaaaaaaaaaaaaaaaaa… aaaaaaaaa i tak non stop. O MASAKRA. Nie wiedziałam jak zareagować na coś takiego. Śmiać się czy uciekać??? :-)
Ale jakoś to poszło, wyluzowałam się jak nigdy, rozgadałam jak nigdy, zrobiłam łatwy (mam nadzieję) test i mam czekać na odpowiedź. Najlepsze było jak zapytałam o kasę. Cytuję: “aaaaaaaaaaaaaa… yyyyyyyyyyyyyyy… aaaaaaaaaaaaaaa… yyyyyyyyyyyyy… to ja zapytam Pana M. ” No aż mi głupio było, że zadałam to pytanie. Chyba się gościu zestresował, że nie znał odpowiedzi. Ale co tam… kasa nieważna ;-)
To czekam na telefon i mam nadzieję że się doczekam.

A tak poza tym to wrócił z Polski Bartek-Współlokator. Mysza się tak za nim stęsknił, że teraz się tłuką non stop. Faceci to jednak duże dzieci. Kupują sobie samolociki, helikoptery, i też nie sprzątają po sobie zabawek. Oto skutki bezstresowego wychowania :-)

Stresior

Że tak powiem…BOJE SIE!!!
Jutro mam dwa interview. Oczywiście się cieszę jak diabli, ale już zaczęłam się stresować. Tzn. stresować się zaczęłam już wczoraj, jak na poczcie głosowej odsłuchałam wiadomość, że mam oddzwonić. A że było już późno więc dzisiaj zadzwoniłam. Tylko że w nocy już mi się śniło, że telefon stacjonarny został odłączony i będę musiała dzwonić z komórki (a nie lubię przez nią gadać bo niewyraźnie słychać i mało co rozumiem). I jak tu się wyspać przy takich snach :-)
Teraz siedzę i się “uczę”. A tak nie znoszę tych pytań na rozmowie. Dlaczego ta firma, czemu to stanowisko, co możesz wnieść do firmy, no i powiedz coś o sobie…brrrr. Znowu będę musiała ściemniać ;-)
Kurcze, najgorsze jest to, że w sumie jedną z tych prac chciałabym baaaardzo dostać :-)

Nie wiem jak Wy, ale ja często używałam eMule (oczywiście nie ściągałam mp3, filmów i pirackich programów :P ). Niestety ostatnio ktoś robi jakieś porządki i wszystkie serwery powoli umierają :(
Dlatego umieszczam filmik “Jak efektywnie szukać w Google”. Obejrzałam, zrobiłam wszystko według instrukcji i działa :D
Jeśli ktoś go jeszcze nie widział, to zachęcam do obejrzenia. Jak dla mnie jest to szybsza metoda na ściągnięcie niektórych rzeczy.

[Film został usunięty ze strony youtube.]

Tags: ,

Wspomnienia

woman1.gif

Czytając zmagania Madymail za kółkiem, przypomniałam sobie jak to ja się uczyłam jeździć. To było 8 lat temu 8O
Na szczęście miałam super instruktora…nie tylko na mnie nie krzyczał, ale potrafił co nieco powiedzieć kierowcom co na mnie trąbili :-) Częstował mnie ciastkami, a ja się zastanawiałam czy zgłupiał, bo jak mam kierować i coś jeść. Stresował mnie jak pił gorącą herbatę, bo miałam tak jechać, żeby się nie oblał. Tylko stan polskich dróg mi to utrudniał.
Co do jazdy, to czarną magią było zmienianie biegów. Marzyłam wtedy o samochodzie z automatyczną skrzynią. I miałam problem z rozpoznaniem, która droga boczna anuluje nakaz prędkości. Dlatego jechałam przez wiochy 40km/h bo nie wiedziałam czy już mogę przyśpieszyć :-)
Jako wzrokowiec szybko zapamiętałam rozkład większości znaków na mieście (zresztą Szczecin nie jest duży) i śmieszne było kiedy instruktor się pytał czemu zwalniam, a ja mu mówię, że za zakrętem będzie znak 40km/h.
A jaka byłam z siebie dumna, jak kazał mi skręcić, a ja mu mówię…no przecież tam jest zakaz wjazdu… :-)
Tak się stresowałam, że stojąc na czerwonym często nieświadomie naciskałam gaz. Było tylko: “spokojnie rozluźnij się”. Kurcze jasne, łatwo mówić, jak wiem, że zaraz będę musiała tak ruszyć, żeby auto mi nie zgasło na środku skrzyżowania.
No ale zdałam…miałam wyrozumiałego egzaminatora :-)
A potem… dostałam prawko i…
- rozwaliłam skrzynię biegów (rodzice mi wmawiają że to moja wina) :-)
- prawie przejechałam kaczkę (mama zaprowadziła mnie potem do okulisty)
- parkowałam i wjechałam na schodek i było buuuum (zmiana koła),
- porysowałam samochód i to zapewne nie raz,
- wjechałam pod prąd (ta krzyżówka była dziwna)
- zakopałam się, blokując przy tym cały ruch (oj potrzebowałam pomocy) :-)
- i kilka innym rzeczy, o których boję sie pisać, bo nie pamiętam czy rodzice o nich wiedzą ;-)

Ale teraz jest spoko, trening czyni mistrza :-)
Potrafię już kierować i robić inne rzeczy jednocześnie ;-)

woman2.jpg

Uwaga na daktyle!!!

Jeśli ktoś myślał, że mieszanki suszonych owoców są mieszane przez jakieś maszyny (a jak tak myślałam) to się myli. Robią to ludzie własnymi rękami. Wysypują kartony takich owoców na blat i własnymi rękami wszystko mieszają i potem znowu do kartonów.
Podobnie jest z jakimiś kostkami daktylowymi. Surowe daktyle odmierza się na wadze równo 302g i wrzuca do maszyny która przekształca je w daktylowe kostki. Nie wiem po co i na co.
Ale…w tym wszystkim najbardziej mnie zaskakuje fakt, że osoby tam pracujące nie mają żadnych rękawiczek, wszystko robią gołymi rękami. Żadnego specjalnego stroju, tylko jakiś fartuch i czepek na włosy. Nikt nie sprawdza czy dobrze umyłeś ręce, nie mówiąc o sprawdzeniu jakiejś książeczki zdrowia czy czegoś podobnego. Nawet paznokcie można mieć pomalowane, a nie powiedziałabym żeby lakier był odporny na takie mieszanie :-)
Załamać się można tymi “zasadami higieny”. A czepiają się polskich standardów. Sanepid tutaj miałby raj :-)
Dlatego raczej nie kupie już suszonych owoców. I tych trójkątnych kanapek też :-) Podobno nie są robione w lepszych warunkach. Bleee

Nudno, szaro, deszczowo

Tak sobie myślę czemu wybrałam Krainę Deszczowców. Co ja tutaj robie??? Mogłam wybrać jednak Majorkę i otworzyć tam bar na plaży :-)
A Londyn działa na mnie jakoś chorobotwórczo. Od początku jak tu jestem więcej razy byłam przeziębiona niż w domu przez jakieś 2, 3 lata. Niedawno przeskoczyło mi coś w szyi i nie mogłam kręcić głową (choć może to nie wina Londynu :-) ), a jak już mi przechodziło to znowu zapalenie spojówek…i to takie że przez pierwsze 2 dni non-stop płakałam. No po prostu M.A.S.A.K.R.A.
A dzisiaj… nałykałam się dragów z powodu brzucha i chyba zaraz usnę. Mam chyba jakieś zaburzenia świadomości ;-)

Aha…chyba się znowu przekwalifikuję…na ratownika na basenie :-) Nie ma to jak podziwiać wielorybki w wodzie ;-) Ciekawe tylko jakie są statystki utonięć na basenach??? :-)

ZOO

Nie mogłam się zdecydować, które zdjęcia wybrać, więc wyszło tego aż 14 :-)

dsc_0797.jpg

dsc_1545.jpg

dsc_0812.jpg

dsc_1342.jpg

dsc_1458.jpg

dsc_1457.jpg

dsc_1425.jpg

dsc_0928.jpg

dsc_0862.jpg

dsc_0982.jpg

dsc_0822.jpg

dsc_1578.jpg

Tutaj zwierzątek chwilowo brak :-)

dsc_1399.jpg

No i na sam koniec “najsłodsze” i “najmilsze” stworzonko…brrrr…

dsc_1482.jpg

Tags: ,

Aktywny weekend

Padam na ryjek, ale weekend mogę zaliczyć do udanych, zwłaszcza dzisiejszy dzień.
Wczoraj mieliśmy plan odwiedzić muzeum figur woskowych Madame Tussauds, ale jak zobaczyliśmy tą gigantyczną kolejkę do kasy, to nam się od razy odechciało. A nie mogliśmy kupić biletów przez internet bo mieliśmy kuponik na drugi darmowy bilet. Ale i tak jak zobaczyłam cenę 25 funtów za osobę, to dobrze że stołka nie miałam, bo z wrażenia bym z niego spadła. Może zimą będzie mniej ludzi i bilety będą tańsze :-) . Poszliśmy szukać muzeum Sherlock’a Holmes’a, ale nie mogliśmy go znaleźć (mapa została w domu). No i tak połaziliśmy i dzień zleciał :-)
A dzisiaj od rana poszliśmy do ZOO. Ale się nachodziliśmy. No i zrobiłam 278 zdjęć :-) Plus zdjęcia Myszy :-) U nas to normalka.
Zoo było fajne, zwierzątka niektóre takie słodkie. Ale myślałam, że będzie znacznie więcej zwierząt. A tu tylko 3 goryle, 2 lewki :-) i chyba 2 tygrysy. Nawet słonia nie mieli. Oczywiście było pełno różnych innych zwierząt, ale te mnie najbardziej ciekawiły.
Widziałam malutkiego gorylka, który miał tyłek ogolony (albo one tak mają :-) ) w kształcie serduszka.
No i specjalnie dla mojej mamy poświęciłam się i zrobiłam zdjęcie ptasznika, czy innej tarantuli (nie znam się na tym, bo się ich panicznie boję-zresztą mam to po mamie :-) ).
Zdjęcia wrzucę jutro.
Także weekend był udany, a teraz muszę go odespać :-)

Paranoja!!!

Prywatne WWW to także dzienniki lub czasopisma

Właściciele stron internetowych, także prywatnych, muszą je zarejestrować, jeśli nie chcą być ścigani przez prokuraturę. To efekt ostatniego postanowienia Sądu Najwyższego – donosi “Rzeczpospolita”.

O kłopotach wynikających z niedostosowanej do dzisiejszych realiów definicji prasy, dziennika i czasopisma wiadomo od dawna. Niedawno problem nabrał jednak nowego wymiaru. Przepisy doczekały się bowiem interpretacji Sądu Najwyższego. Z postanowienia wydanego 26 lipca wynika (sygn. akt IV KK 174/07), że nie ma znaczenia, czy strona internetowa opisuje działania władzy, czy też hobbysta doradza na niej, jak założyć swoje pierwsze akwarium. Jeśli strona jest aktualizowana częściej niż raz w tygodniu, powinna zostać zarejestrowana jako dziennik. Jeśli rzadziej, ale przynajmniej raz w roku – jako czasopismo.
Uzasadnienie tego precedensowego postanowienia jest już napisane, ale brakuje podpisów wszystkich sędziów. Jak się dowiedziała “Rz” w SN, można się z nim będzie zapoznać po 10 września.

W praktyce oznacza to, że większość polskich stron internetowych działa nielegalnie. Tylko duże serwisy o charakterze stricte dziennikarskim rejestrują się w sądzie. Zapaleńcy, którzy piszą w siecidla własnej satysfakcji, po to, aby się podzielić swoimi spostrzeżeniami, nie zawracają sobie tym głowy.

Za wydawanie dziennika lub czasopisma bez rejestracji grozi grzywna, a nawet ograniczenie wolności. Co ważniejsze jednak, osoba prowadząca stronę w Internecie jest de facto redaktorem naczelnym z wszystkimi wynikającymi z tego obowiązkami, m.in. obowiązkiem publikowania sprostowań i odpowiedzialnością za teksty, w tym wpisy internautów.

O tym, jakie będą konsekwencje postanowienia, zdecydują prokuratura i policja, gdyż to one będą decydować o ewentualnym ściganiu autorów stron WWW.

źródło: wp.pl

Tags: , ,

“Muzyka, taniec, egzotyczne specjały, uliczne stragany, parady oraz maskarady. Co roku, w ostatnią niedzielę i poniedziałek sierpnia około półtora miliona turystów ściąga do londyńskiej dzielnicy Notting Hill, w której odbywa się artystyczny festiwal znany jako Notting Hill Carnival…” więcej na stronie wp.pl lub www.myvillage.com.

Nie można przegapić takiej atrakcji więc się tam dzisiaj wybraliśmy.
W skrócie powiem… MASAKRA!!!
Zaczęło się w metrze, w którym takiego ścisku jeszcze nie przeżyłam. Sardynki w puszcze mają chyba więcej miejsca. Brak powietrza, gorąco, tłok i 11 stacji do przejechania. Na stacjach metra było tyle ludzi, że nie mieścili się na peronie. Wszyscy chcieli wsiąść do metra, ale nikt z niego nie wychodził. Oczywiście wszyscy wysiedli tam gdzie my :-)
Chciałam porobić jakieś fajne zdjęcia, zobaczyć te wszystkie panie w kolorowych strojach z piórami i innymi świecidełkami. A zobaczyłam tłum ludzi, policjantów i wielki śmietnik na ulicy.
Więc zdjęcia nie są za ciekawe, ale i tak kilka umieszczę poniżej.
I jeszcze jedno… zgubiłam się wśród tego tłumu. Choć ja uważam, że to Mysza zgubił mnie :-) Nie wzięłam komórki (żeby mi nikt nie podwędził), travelkę też miał Mysza w torbie. Na szczęście wcześniej wpadł na pomysł, że jak coś to spotykamy się na stacji Notting Hill. Problem był w tym, że nie miałam pojęcia zbytnio jak tam dojść (mapa też nam była niepotrzebna). Oczywiście pomyliłam drogi. Ale… koniec języka za przewodnika i trafiłam.
Mysza już panikował, wzywał posiłki, chciał wyruszyć na poszukiwania. Teraz chce mi wszczepić GPSa :-)

A teraz kilka fotek:

dsc_0871.jpg

dsc_0715.jpg

dsc_0894.jpg

dsc_0896.jpg

dsc_0906.JPG

I na koniec coś w stylu “wcale się nie chwalę” :-) Dzisiaj rano dopadło mnie natchnienie i napisałam coś (nie wiem pod jaką kategorię to podpiąć). Nazwijmy to “artykuł”. Nigdy nie byłam dobra w pisaniu jakichkolwiek wypracowań, referatów i tych innych wygibasów, dlatego ujęłam to w cudzysłów. Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć jest na stronie swiatkobiet.net (tylko proszę bez ostrej krytyki :-) mogą być za to pochwały ;-) ).

Tags: ,

Żeby nie marnować kolejnego dnia przed kompem wybraliśmy się na spacerek…dość długi jak się potem okazało. Oczywiście z aparatem :-)
Wklejam kilka fotek, które najbardziej mi się podobają:

dsc_0695.jpg

dsc_0699.jpg

dsc_0742.jpg

dsc_0755.jpg

Tags: ,

Nie!!!

Nie znoszę deszczu, zimna, chlapy, czyli ogólnie londyńskiej pogody!!!
Nie można wyjść na spacer, na rolki, czy po prostu połazić gdzieś sobie. Bo co to za radocha w taką pogodę, bez parasolki (którą Mysza zostawił w tesco).
Nie chce mi się nic ugotować, posprzątać choćby z grubsza, jeść mi się nie chce zbytnio, nawet na słodycze nie mam ochoty.
Książek mi się nie chce czytać.
Nic mi się nie chce…no oprócz spania spania i jeszcze raz spania.
To dopiero początek, już się boję jesieni w Londynie. Ciemno, zimno, szaro, deszczowo, pochmurno. Zimą zapewne śniegu też tutaj nie zobaczę.
Brak perspektyw na lepsze jutro.
Moje akumulatory padły. Nie zdążyły się nawet porządnie naładować.

The Lake House

lakehouse.jpg

Właśnie skończyłam oglądać “Dom nad jeziorem“. Na początku trochę wydawał mi się nudny. W dodatku niezbyt przepadam za Keanu Reeves. Ale w końcu film mnie zaciekawił i rzeczywiście jest lepszy niż “Przeczucie”. Zakończenie też mnie zaskoczyło – już myślałam że on zginie i mało co się nie popłakałam :-)
Jeszcze macie jakieś propozycje filmowe??? :-)

Aha, oglądałam niedawno też “Ocean’s 13“. Film jest ciekawy, ale bardziej podobała mi się poprzednia część. Jakoś tak więcej akcji w niej było.

Słyszałam też, że serial “Prison Break” jest fajny. Kilka osób mi już polecało, żeby go obejrzeć. Kilka odcinków już mam, więc dzisiaj chyba zacznę.

Jakoś tak filmowo u mnie ostatnio :-) A jeszcze kilka filmów na mnie czeka.

Szklana pułapka 4.0

diehard.jpg

Film jest świetny, przynajmniej dla mnie. Bruce Willis się tylko nieco zestarzał :-)
Warto go obejrzeć, jak ktoś lubi filmy sensacyjne.

MacClaine’owi przychodzi tym razem zmierzyć się z czymś, co zdecydowanie przyćmiewa jego dotychczasowe dokonania. Czeka go zadanie najwyższej wagi państwowej. Zamiast fajerwerków z okazji dnia niepodległości pojawił się w USA nowy, posługujący się nowoczesnymi technologiami gatunek terrorystów. Kraj został kompletnie sparaliżowany i aż trudno sobie wyobrazić, co by zrobił rząd amerykański, gdyby glina z Nowego Jorku nie znalazł się przez przypadek w Waszyngtonie.
Źródło: www.filmweb.pl

Mysza sprząta

Mieszkanie z dwoma facetami jest męczące, chociaż z jednym też nie jest lekko :-) Ale to każda kobieta (która to przeżywa) zapewne wie :-)
Ustaliliśmy ostatnio grafik, kto w jakim tygodniu sprząta. Teraz jest kolej Myszy :-)
Właśnie dziś ma ostatni dzień i się wreszcie zabrał do roboty. No i zaczęło się marudzenie…czemu akurat teraz jest jego kolej, że spis porządków jest w złej kolejności itp. No i tak siedzę, słucham go i wpadłam na pomysł napisania tej notki: :-)

Mysza: kuchenkę mikrofalową też umyć?
Ja: no też, jak jest brudna
Mysza: no właśnie ona nie jest w ogóle brudna.

M: a czym umyć blaty w kuchni? płynem do naczyń?
Ja: weź czyścik
M: (poszedł do łazienki)
Ja: czyścik jest w kuchni
M: (wrócił i zagląda do szafki pod zlewem)
Ja: stoi wyżej koło zlewu :-)
M: k… :-) ; a jaką ściereczką?
Ja: pod zlewem jest gąbka

Aż mnie kusi, żeby mu zdjęcie zrobić :-)
Już się boję jak przyjdzie czas na umycie podłogi.

M: Dziubek patrz, tą kuchenkę można doczyścić
Ja: super, to potrzyj mocniej to wszystko zejdzie
M: nie chce mi się; powiem Bartkowi (to ten drugi Bartek co z nami mieszka) że źle umył kuchenkę

M: Najpierw się myje podłogę, czy odkurza???
Bez komentarza :-)

M: czym się myje podłogę?
Ja: weź wiaderko…
M: chodź pokaż mi :-)

M: (myje podłogę) oho Bartek odwalił lipę, nie umył drzwi; muszę z nim pogadać :-)

No dobra, ale muszę przyznać, że jak już Mysza jakimś cudem zabierze się za porządki to zrobi wszystko dokładnie :-) I żadnych strat nie ma :-)
Aha, w trakcie sprzątanie nie marnował czasu. Wymyślił jakąś domową telefoniczną centralkę :-)

Holland Park

Kilka zdjęć z parku. Jak dla mnie najładniejszy był ogród Kyoto Japanese, stworzony w 1991 roku na jakiś japoński festiwal.

_dsc0139.jpg

_dsc0127.jpg

_dsc0204.jpg

_dsc0190.jpg

No i psy miały większe przywileje, bo dla nich toalety były otwarte:
_dsc0164.jpg

I na koniec mijaliśmy też sklep mięsny, ale takiego wcześniej nie widziałam :-)
_dsc0218.jpg

Tags: ,

W skrócie…

Ostatnio nie mam natchnienia, żeby coś napisać. Już kilka razy próbuje napisać jakąś notkę. A w sumie jest nawet o czym napisać. Ale tak w skrócie…

Na London Eye w końcu nie byliśmy. Było tyle ludzi, że nie chciało nam się stać w takiej kolejce. Zwłaszcza chłopakom, którzy po drodze zobaczyli wystawę Star Wars i się napalili jak dzieci. Poszłam z nimi jako fotograf, bo ani nie czytałam książek ani nie oglądałam żadnego filmu Star Wars. Te ludziki i dziwne pojazdy nie robiły na mnie wrażenia. Dobrze, że jakieś świecące miecze były za drogie, bo by sobie kupili i tłukli się w domu :-) . Tak też się tłuką, ale przynajmniej większych szkód nie ma, prócz podbitego oka czy lecącej krwi z nosa :-)
Więc słoneczna sobota minęła nam w jakimś muzeum.

Ale w niedziele byliśmy nad morzem. Nie będę się o tym rozpisywać, bo Bartek mnie wyprzedził i wszystko opisał u siebie na blogu -> TUTAJ.
W każdym razie chwilowo mam dość jazdy samochodem nad morze. Więcej czasu spędziłam chyba w samochodzie niż na plaży. Bournemouth podobno jest najładniejszą nadmorską miejscowością. Nie wiem czy nie widzieliśmy wszystkiego, czy coś przegapiliśmy, ale jak to było najładniejsze, to już się boję jechać w inne miejsca :-)
Najważniejsze że złapałam trochę słońca.

Potem zleciał za szybko następny tydzień i znów weekend. Wczoraj byliśmy w Holland Park. Park jest mały, ale ładny. Porobiliśmy trochę zdjęć, wrzucę kilka do następnej notki (żeby było więcej wpisów ;-) ).

Mysza-Hero!!!

Zacięłam się…w łazience :-)
Coś nam się ostatnio zamek psuje w łazience. No i jak zwykle na mnie musiało trafić. Wszystko by było ok, mogłabym tam sobie posiedzieć (choć spać nie ma gdzie, bo mamy prysznic), ale było strasznie gorąco, bo właśnie skończyłam się kąpać. Myślałam, że się uduszę. Dobrze, że Mysza usłyszał jak się szarpię z drzwiami i przyszedł mnie ratować :-)
Chyba nie ma mnie jeszcze aż tak dość, bo się chłopak starał – wyjął drzwi z zawiasów :-)

Właśnie się zbieramy na London Eye Pogoda się poprawiła, więc trzeba korzystać…i robić zdjęcia :-)

Gang Dzikich Wieprzy

wildhogs.jpg

Grupa przyjaciół postanawia ożywić codzienną rutynę i wybiera się w podróż na legendarnych Harley’ach. Pragną posmakować nieograniczonej wolności. Okazuje się jednak, że wyprawa staje się dużo bardziej skomplikowana, niż zakładali. Ich dobra passa zostaje wystawiona na próbę podczas spotkania z prawdziwym gangiem dzikich Harley’owców, a zwariowane wakacje zmieniają się w przygodę ich życia.

Nawet fajna komedia (chociaż “fajna” to raczej pojęcie względne-zależy jakie kto ma poczucie humoru i jakie filmy lubi :-) ). Mimo że są lepsze komedie, to tą też polecam obejrzeć.

Ostatnio próbowałam obejrzeć TESTOSTERON

testost.jpg

i nie wytrwałam do końca. Jak dla mnie to jest jeden z najnudniejszych filmów.

No i trzeci film, który mi się podobał to PRZECZUCIE

przeczucie.jpg
Przeczytałam o nim na aanova.blox.pl :-) i polecam jeśli ktoś lubi takie zakręcone filmy.

Motywacja do pracy:)

Nikon D40

p5000.jpg

Jeszcze się tylko nie zdecydowałam który :-)

“Jest mi przykro, że muszę poruszyć ten temat w sytuacji tak ogromnej tragedii rodzin ofiar wypadku autokaru.
Rozumiem i z całego serca składam kondolencje wszystkim członkom rodzin ofiar pielgrzymów, którzy zginęli w niedzielnej katastrofie we Francji.
Zarazem nie mogę nie skomentować echa, jakie zamiast zadumy i refleksji wywołał premier Kaczyński, swoją postawą.
(…) Nie mogę natomiast zrozumieć powodów jakie kierują premierem, który oferuje ponad 10 tysięcy złotych każdej z rodzin ofiar z “rezerwy premiera”.
Codziennie na Polskich drogach ginie statystycznie ponad 14 Polaków. Czy rodziny ofiar wypadków wszystkich z 365 dni może również w Polsce liczyć na takie traktowanie? Czy Polski premier nie jest do cna cyniczny i niesprawiedliwy wykorzystując tragedię pielgrzymów do uprawiania kampanii społeczno – politycznej za pieniądze podatników? Jak dla mnie odpowiedź jest prosta, i zdecydowanie brzmi nie! Bardzo jest mi przykro ze względu na to, co się stało i doświadczałem sytuacji jaką obecnie przeżywają bliscy ofiar. Mimo to, nie widzę usprawiedliwienia dla dzielenia pośród tych ludzi pieniędzy z budżetu, a wszelkie koszty związane z kosztami pogrzebu i pomocy terapeutycznej dla rodzin ponieść powinien organizator i agencje w której ubezpieczone były pielgrzymka oraz ofiary, którzy mają obowiązek ubezpieczenia wybierając się na podobną wyprawę! Codzienne ofiary wypadków drogowych nie mogli dotychczas liczyć na podobne traktowanie ze strony premiera Polski czy to oznacza, że z dniem dzisiejszym mogą liczyć na takowe? Czy zgromadzenie takiej ilości ofiar nagradza się bonusem, czy to tylko element kampanii finansowanej z budżetu?! Mam wrażenie, że takie działanie jest nie legalne, i nad wyraz podłe. Wykorzystanie takiej okazji – bo nikt nie ośmieli się podnieść z tej okazji głosu, a zarazem niebezpieczne ze względu na oczywistość dowolności dysponowania środkami budżetowymi przez premiera Kaczyńskiego. Znowu w mało przemyślany sposób wykorzystując nasze emocje, uprawia się kampanię naszym kosztem a zarazem nie uprawnia nas do żądania równego traktowania gdyby, oby nie, wśród codziennie ginących znaleźli się nasi bliscy. (…)
Jeszcze raz, mimo treści mogącej w części z Was budzić niesmak proponuję się zastanowić nad tym, a rodzinom ofiar: ROZUMIEM I Z CAŁEGO SERCA SKŁADAM KONDOLENCJE.”

http://robertjesiotrzynski.blox.pl

Przeglądając stronki w necie natknęłam się na powyższy post. Może to i drażliwy temat, bo w końcu ile ludzi tyle różnych opinii. Ale jeśli chodzi o mnie to zgadzam się z autorem posta. I nie to, że nie współczuje tym ludziom, ale jakaś sprawiedliwość powinna być. Czy wniosek musi być taki, “że jak ulegać nieszczęściom to tylko nieindywidualnie…”??? (cyt. komentarz pod postem napisany przez agcie). A pieniądze bardziej przydałyby się “ofiarom trąb powietrznych, którzy stracili cały swój dorobek i nie mają gdzie się podziać” (cyt. komentarz pod powyższym postem napisany przez hxx).

Mam nową taktykę szukania pracy. Tzn. może nie nową, ale w innym czasie ją stosuję :-)
O godzinie 8:00 RANO!!! siedzę już przy kompie i czekam na nowe ogłoszenia. Dowiedziałam się, co też jest rzeczą logiczną (czemu mój móżdżek na to wcześniej nie wpadł???), że pracodawcy zaglądają tylko do kilku pierwszych cv i ewentualnie dzwonią. Dlatego moje cv nawet nie zostało zauważone. Tyle czasu zmarnowane przez taką (żeby nie napisać własną) głupotę.
Zaczęłam od piątku, który nie okazał się najlepszym dniem, bo zazwyczaj leniwi Anglicy już prawie mają weekend i myślą jak tu się zabawić :-) Ale mimo małej ilości ofert, w ten sam dzień miałam telefon…zdziwienie że mój telefon dzwoni, zaskoczenie że w piątek i przerażenie że muszę odebrać…masakra bo interview przez telefon brrrrrr.
W skrócie…Pani jakaś tam skonsultuje się ze swoim managerem i oddzwoni…ACHAAAA…tu jedzie czołg…tam urośnie kaktus…a Pani (jak to Anglicy) nie umie powiedzieć wprost “przykro nam, ale nie spełniasz naszych oczekiwań” brrrr
No ale niech jej tam będzie, tchórz jeden…
Ale jakiś odzew jest, więc w poniedziałek znowu 8:00. A ponieważ Anglicy w weekend ostro balują, to są strasznie wymęczeni i jakoś brak im sił do pracy :-) Znowu jakoś tak mało ofert.
Ale telefon był :-) Jakaś znowu Pani dzwoni ze sklepu i umawia się ze mną na interview, ufff face to face…nareszcie jakaś szansa :-)
Byłam tam dziś, poszłam tak na żywca, nauczyłam się tylko trochę swojego cv (w końcu dobrze jest wiedzieć jakie ma się to doświadczenie).
Było nawet ok, rozgadałam się, choć pytania mnie rozwalały. Czemu chcę pracować w sklepie, czemu akurat u nich, co rozumiem przez “customer service”, co mogę wnieść do zespołu (czyli jaki będą mieli ze mnie pożytek), plany na przyszłość, itp. Kurcze, ja po prostu potrzebuję pracy, żeby mieć kasę :-) A czemu w sklepie??? Szukam w tzw. “swoim zawodzie” (cokolwiek to znaczy), ale mnie nie chcą.
Na koniec, dziękujemy za przyjście, oddzwonimy w następnym tygodniu.
Jutro znowu pobudka przed 8:00

Dzisiaj na obiad jedliśmy tortille (my akurat tak to nazywamy
Ja robiłam a Mysza pstrykał fotki, żeby potem dodać przepis na swoim blogu (w ramach gotowania z Bartkiem :-) )
Oto rezultat:

Gotowanie z Bartkiem – tortilla

Prawda że od razu można poznać, że jest informatykiem???
Algorytmy to ma opanowane to perfekcji :-)

…takim się stajesz – podobno :-)
U mnie to działa :-)
Nie tak w 100%, żebym doznała jakiegoś uszczerbku, ale zawsze coś tam przejmuję…
Tylko u mnie zmierza to w dobrym kierunku. W końcu komputery i cała ta magia z nimi związana ciągle się rozwija, a ja zaczęłam się dokształcać w tym kierunku. Przez całe studia nie nauczyłam się tylu rzeczy, co przez kilka miesięcy, mimo że w nazwie kierunku istnieje słowo “INFORMATYKA”.
Uwaga…teraz będę się chwalić!!!
Jako że teraz jest modne posiadanie własnej strony internetowej, postanowiłam nauczyć się je tworzyć. I co najlepsze wychodzi mi to. Umiem już (mając projekt-bo artystycznie uzdolniona to nigdy nie byłam)stworzyć takie “dzieło” od strony statycznej, czyli HTML z użyciem CSS i domieszką Javascript :-)
Mysza (dla niewtajemniczonych informatyk z zawodu i powołania) próbuje mnie teraz uczyć PHP’a. No ale programowanie to raczej mnie nie kręci :-)
Zapętlam się i koniec ;-)
Żeby jakoś obejść naukę PHP, a przy tym stworzyć całą stronę www, zabrałam się za WordPress’a. Robię tylko wygląd strony i przekształcam już zrobionego PHP’a.
I to nie takie trudne jak myślałam. Zresztą mój blog to nic innego jak WordPress.
Nauka idzie mi dużymi krokami do przodu :-)

Jak sobie o tym wszystkim pomyślę, to dochodzę do wniosku, że w odpowiednim momencie zmieniłam faceta…Bo jak to przysłowie się rzeczywiście sprawdza, to moje zainteresowania mogły pójść w całkiem innym kierunku – dom już pomagałam ocieplać :-) Co by było dalej??? :-)

I Choose to Live

Tym razem tematyka znacznie poważniejsza. Książka oparta na faktach, coś w rodzaju biografii. Dopiero zaczęłam ją czytać, ale już mnie wciągnęła.

I Choose to Live is Sabine Dardenne’s account – vivid, matter of fact – of what it was like to be kidnapped by one of Europe’s most notorious paedophiles, Belgian Marc Dutroux. On 28 May 1996 Sabine was just like any other twelve-year-old cycling to school. One month later, her picture would be on “missing” posters throughout Belgium.

Observer

17/07/07
Niestety ta książka nie jest dla mnie. Po kilku kartkach mnie znudziła. No cóż…tak u mnie czasem bywa.

Tags:

Moja pierwsza książka przeczytana po angielsku. Książka jest o życiu codziennym, dlatego słownictwo nie jest w niej trudne. Polecam jako dodatek do nauki angielskiego. Taka luźna lektura na odstresowanie.

The story of a girl who needs to slow down.
To find herself.
To fall in love.
And to discover what an iron is for…

Samantha is a high-powered lawyer in London. She works all hours, has no home life, and cares only about getting a partnership. She thrives on the pressure and adrenalin. Until one day…she makes a mistake. A mistake so huge, it’ll wreck her career.

She walks right out of the office, gets on the first train she sees, and finds herself in the middle of nowhere. Asking for directions at a big, beautiful house, she is mistaken for the interviewee housekeeper and finds herself being offered the job. They have no idea they’ve hired a Cambridge-educated lawyer with an IQ of 158 – Samantha has no idea how to work the oven.

Disaster ensues. It’s chaos as Samantha battles with the washing machine…the ironing board…and attempts to cook a cordon bleu dinner. But gradually, she falls in love with her new life in a wholly unexpected way.

Tags:

Mrożona kafka

Ostatnio przypomniało mi się, że istnieje mrożona kawa.
Fakt, że upałów nie ma, żeby się chłodzić takim napojem, ale jak ją piję to czuję że jest lato ;-) .
Kupiłam nawet takie fajne wysokie szklanki (4 sztuki za około funta) :-)
I ta własnej roboty jest znacznie lepsza niż nescafe frappe (czy jak to się tam pisze).

Do wysokiej szklanki wsypujesz:
-łyżeczkę kawy rozpuszczalnej (lub więcej jak ktoś lubi mocniejszą)
-cukier (lub nie)
-dolewasz zimnej wody (nie za dużo,żeby tylko to wymieszać)
No i właśnie trzeba to wymieszać. Ja mam taki specjalny świderek do tego (niestety kupiłam go w Grecji, ale myślę że u nas też można go dostać). Im dłużej mieszasz, tym większa pianka wyjdzie.
A tak przy okazji świderek użyteczny jest do robienia zaklepki do zup/sosów :-)
Potem dodajesz:
-kostki lodu
-mleczka do kawy (lub nie-czarna też jest dobra)
-i dopełniasz zimną wodą.
Do tego słomka i gotowe!

Ale przyznaję, że w Londynie ta kawa tak nie smakuje. Najlepsza jest w domu, na podwórku, gdzie jest cicho, zielono i świeci słońce :-)

Shrek 3

Wróciłam…
W domu było fajnie…jak dla mnie u mamy zawsze najlepiej :-) . Niestety tylko pogoda nie dopisała. Ale najważniejsze, że moje kochane zwierzaki się cieszyły jak mnie zobaczyły. Ślady tej radości mam do dzisiaj.
Mama mnie dokarmiała, bo stwierdziła, że zmarniałam (a ja się cieszyłam że schudłam)…ale najadłam się na zapas samych pyszności, robionych specjalnie dla mnie :-) Mysza się śmiał, że ciągle coś jem. Ale teraz mam buty i zamierzam zacząć biegać. Oby na planach się nie skończyło :-) .
A w Londynie przywitała mnie szara (a nawet czarna) rzeczywistość…najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego, jakieś bomby, a dzisiaj metro się wykoleiło. I to linia, którą najczęściej jeżdżę; zresztą do wypadku doszło blisko naszego mieszkania. Na Mile End zawsze się przesiadamy do Central Line.
Na szczęście dzisiaj złapałam lenia (znowu) i nie pojechałam rano na angielski, więc ominął mnie ten cały bałagan. Jednak ktoś u góry czuwa nade mną :-)
Ale trzeba chyba zbierać zabawki i się stąd wynosić…chciałabym jeszcze pożyć.

Dłoń i piasek

Nie potrafię spać na zawołanie…a szkoda bo po godz. 2:00 musimy się zbierać, żeby zdążyć na samolot.
I tak buszując w necie znalazłam fajny tekst:

… pewien chłopiec spacerował plażą razem ze swą matką.
W pewnej chwili zapytał:
- Mamo, jak można zatrzymać miłość /przyjaźń/, kiedy w końcu uda się ją zdobyć?
Matka zastanowiła się przez chwilę, potem schyliła się i wzięła dwie garście piasku. Uniosła obie ręce do góry; zacisnęła mocno jedną dłoń: piasek uciekał jej między palcami i im bardziej ściskała pięść, tym szybciej wysypywał się piasek. Druga dłoń była otwarta: został na niej cały piasek.
Chłopiec patrzył zdziwiony, potem zawołał:
- Już rozumiem!

I jeszcze kilka cytatów, które mi się spodobały:

“Istnieją dwa powody, które nie pozwalają ludziom spełnić swoich marzeń. Najczęściej po prostu uważają je za nierealne. A czasem na skutek nagłej zmiany losu pojmują, że spełnienie marzeń staje się możliwe w chwili, gdy się tego najmniej spodziewają. Wtedy jednak budzi się w nich strach przed wejściem na ścieżkę, która prowadzi w nieznane, strach przed życiem rzucającym nowe wyzwania, strach przed utratą na zawsze tego, do czego przywykli. Ludzie tęsknią za całkowitą odmianą, a jednocześnie pragną, by wszystko pozostało takie jak dawniej.”
                                                                     Paulo Coelho – “Demon i panna Prym”

“Ja chcę, ja muszę znów siebie zaakceptować, muszę udowodnić sobie, że jestem w stanie sama podejmować decyzje, które mnie dotyczą. Nie pozwolę, by mnie popychano w kierunku, którego nie wybrałam.”
                                                         Paulo Coelho – “Weronika postanawia umrzeć”

“Większość ludzi jest inna. Przeżywają swoje krótkie życie (…) przewidują przyszłość albo nie umieją porzucić przeszłości. Zwykle są tak zajęci myśleniem, co zdarzy się za chwilę, że to, co zdarza się teraz, poznają jedynie drogą wspomnień. Taka jest większość.”
                                                    Terry Pratchett – “Trzy Wiedźmy” (“Świat Dysku”)

Facet

Wiadomo, że komputer to facet:
“Nie robi nic, dopóki nie pokażesz mu jak. Gdy tylko na chwilę się oddalisz, przechodzi w stan bezczynności lub zasypia. Jest zawsze chętny do pomocy, ale gdy rzeczywiście go potrzebujesz… Najważniejsza dla niego jest możliwie wysoka liczba przy procesorze i wielkość jego twardziela”.

Home sweet home

Już w środę lecę do domkuuuuu, zobaczę swoje ukochane zwierzaki, no i rodziców też ;-) . Już o godz. 12 powinnam być na miejscu. Niestety tylko na 6 dni i znowu powrót do wielkiego hałaśliwego i brudnego miasta. Kto by pomyślał, że z własnego wyboru (choć może nie całkiem nieprzymuszonego) wybrałam emigrację :-) .
A tak poza tym, to wszystko u mnie po staremu. Kilka dni temu złapałam tymczasową pracę – na 9 dni, i dostałam ostatnio za nią kasiorkę :-) Skoczyłam więc do Boots’a poprawić sobie humor.

WNBR-London 2007

Jak zwykle pogoda pokrzyżowała mi dziś plany. Miało być piękne słoneczko, żebym mogła iść na zieloną trawkę się poopalać. A tu lipa…ciepło było, ale słońca brak. Żeby znowu nie siedzieć w domu, poszliśmy do Science Museum. Jak na muzeum to było całkiem ciekawie. Wpadłam w szał robienia zdjęć :-) . I tak nie zobaczyliśmy wszystkiego, bo nie mieliśmy już siły chodzić. Na dodatek w metrze tłok jak cholera. Nie znoszę metra…to jedna wielka przeludniona puszka, gdzie każdy się do ciebie przykleja (bleee). Poszliśmy na autobus. I tak sobie jedziemy…i widzę w parku dwóch gości grających w piłkę…ale całkiem gołych :-) . Halucynacje mam??? Ale za chwilę ulicą idzie para- też nago!!! No to poszliśmy zobaczyć co się dzieje :-) .I dzisiaj w Londynie odbywał się World Naked Bike Ride. Zainteresowani mogą obejrzeć fotki TUTAJ. Oglądając te zdjęcia cieszę się bardzo, że trafiłam tylko na końcówkę, gdzie większość była już ubrana :-)

                  

Tags: ,

Rozmiar 36

Chwilowo zakupy (w postaci ciuchów, butów…) w Londynie to dla mnie zmora. Ludzi masa, jakby nic innego nie robili oprócz zakupów. Poza tym panuje tu, jak dla mnie, dziwna moda. Wszędzie widzę falbanki, koronki, bufiaste rękawy, w dodatku w przedziwnych wzorkach. Jak już mi kolor i krój podpasuje, to materiał nie ten. A o butach już nie wspomnę.
Ale w tym wszystkim jest jeden dość ważny plus…wchodząc do sklepu nie mam żadnych kompleksów, bo na wieszakach najwięcej wisi ubrań w rozmiarze 40 i wyżej :-) .Więc jeśli chodzi o zakupy z tego punktu widzenia, to są one czystą przyjemnością…biorę do przymiarki rozmiar 38, a tu się okazuje że za duży. Tak jak w Polsce sięgałam od razu po 38 (a nawet 40), tak tutaj zaczynam i czasem kończę z rozm. 36 :-)

Bez tytułu

Jakie było moje zdumienie jak pojawił się tu komentarz :-) . To ktoś w ogóle zagląda na ten blog??? Bo ja ostatnio całkiem o nim zapomniałam. Ale to przez ten nawał zajęć…praca, dom, mąż, dzieci :-) . Nie ma czasu dla siebie :-) .
No ale jak już znalazłam te kilka minut żeby coś napisać, to na początek chciałam tak publicznie POGRATULOWAĆ swojej koleżance ze szkolnej ławki zostania mamą. Dla wyjaśnienia “pogratulować” to nie to samo co “zazdrościć” :-) . Ale fajnie, że zostanę ciocią.

A co u mnie??? Raz lepiej a raz gorzej. Właśnie gotuje rosołek…z pędzonego kurczaka i warzyw-też pędzonych :-) . Więc nie jestem pewna, czy czasem nie wyjdzie z niego zupa pomidorowa.
A tak ogólnie to dalej chodzę na kurs angielskiego. Jest wesoło, grupa jest fajna, a plus jest taki, że nawet jak nie uważam na zajęciach i gadam z kimś obok, to i tak korzystam, bo muszę rozmawiać po angielsku :-) . Polaków w grupie nie mam…na szczęście…większość to ludzie z Brazylii i okolic. Rozbawił mnie jeden gościu, który twierdzi że dzięki modlitwom umie angielski. Przyjechał do Anglii ze znajomością kilku słów i tak się modlił, że pewnego dnia stał się cud i zaczął mówić po angielsku. Niestety nie można dostać wszystkiego, nawet jeśli jest to cud, więc kwestia gramatyki angielskiej została u niego pominięta :-) . Nadal nie wiem, czy to co czyta na zajęciach jest to słownik angielski czy może Biblia :-) .

Dopadło mnie:(

Ostatnio niestety w Londynie nie dopisuje pogoda. Na dworze zimno, pochmurno, pada deszcz, aż się z domu nie chce wychodzić. Na dodatek przyplątało się do mnie jakieś przeziębienie. Nic groźnego, raptem ból gardła, lekka chrypka – do przeżycia. Zainwestowałam w tabletki, łykam witaminy, pije herbatki z malinami albo cytryną (żeby sie uchronić od dalszych etapów choroby). No ale nie udało się całkiem…ból gardła zastąpił katar. A na to już nie znam skutecznego i szybkiego lekarstwa, więc cierpię. Mam nadzieje, że to koniec niespodzianek zdrowotnych, bo nie stać mnie na leczenie w Anglii. Bardziej chyba opłaca się wtedy kupić bilet do domu; a tam nie dość że opieka lekarska, to jeszcze ze strony mamy.

A co do mamy…to dostałam pierwszą paczkę. Czekałam na nią jak małe dziecko. A miałam na co czekać, bo tyle smakołyków tam było. Jednak w Polsce jest najlepsze jedzenie, które ciężko jest zastąpić jakimś innym. I brakuje mi tu polskich produktów. A w naszej okolicy akurat nie ma żadnego polskiego sklepu.

No i skończyło się jeżdżenie wózeczkiem między półkami. A już zaczynałam się przyzwyczajać do ośmiogodzinnego chodzenia. Miałam pracę, w której zanosiło się na awans (sprawdzałabym zamówienia skompletowane przez osoby jeżdżące wózeczkiem, a jakby dobrze poszło to mogłabym je pakować w kartoniki i wysyłać), miałam też kolegę Manuela (rasy czarnej), który chciał mnie uczyć angielskiego. A ja zostawiłam to wszystko i przyjechałam do Londynu. Troche ciężko jest mi się przyzwyczaić do tutejszego życia, chociaż jest już coraz lepiej. Najgorsze jest to że znowu musze szukać pracy, ale tym razem bardziej ambitnej. No chyba że mi się nie uda, to schowam te swoje ambicje na jakiś czas. Od początku pobytu w Londynie byłam zdana tylko na siebie (Bartek niestety wraca z pracy ok.18), co mnie przerażało. Teraz już nie boję się wyjść z mieszkania. Ale najgorsze były formalności z mieszkaniem,a konkretnie przepisanie rachunków za prąd i wodę na nasze nazwiska i załatwienie internetu. Wszystko przez telefon, co było powodem naszego stresu. Strasznie szybko i niewyraźnie mówia, do tego jeszcze czasem coś zatrzeszczy w słuchawce. Tutaj dopiero jest intensywny kurs angielskiego.

25 lat minęło

U mnie nic nowego się nie dzieje. Jedynie tylko, że jakiś czas temu minęło ćwierć wieku jak żyje na tym świecie. Nie szykowałam żadnej imprezy, nie spodziewałam się żadnych prezentów. A tu…niespodzianka. Przyjechałam z pracy i czekał na mnie obiad…mniam…mniam. Zjadłam i poszłam się wylegiwać w wannie. Przychodzę do pokoju, a tu współlokatorzy na mnie czekają z winem. Za chwile wchodzi Bartek z tortem, na którym nawet świeczka była (25 by się nie zmieściło). I prezenty dostałam. Nie spodziewałam się takiej niespodzianki, przeżywałam to jeszcze kilka dni. Tym bardziej, że im bliżej było moich urodzin, tym humor mi się pogarszał. Jakoś mało optymistycznie nastrajał mnie ten dzień (chyba dlatego, że tak daleko od znajomych). No i wiedziałam, że Zuśka nie wpadnie do mnie z Piccolo. Ale na szczęście miło wspominam ten dzień.
W dniu swoich urodzin zmieniłam też pracę. Dalej pracuję fizycznie. Ale dzięki temu doświadczeniu doceniam swój dyplom magistra. Bo nie zniosłabym myśli, że muszę tak pracować przez najbliższe 40 lat. A tak mam szanse popracować kiedyś umysłowo.
Teraz dostałam taki oto wózeczek:

Do tego jeszcze skaner kodów kreskowych i jeżdżę 8 godz między takimi półkami:

         

i zbieram produkty do poszczególnych zamówień.

Super praca, można zakwasów dostać. Ale może już niedługo, kwestia znalezienia mieszkania w Londynie. Wtedy zacznie się od nowa poszukiwanie pracy.

Wormer for rabbits:)

Nie wiem od czego zacząć. Mam zaległości więc cofam się do dnia 13.02.2007…Mój telefon po długim okresie spoczynku nagle zadzwonił…i PANIKA. Pierwsza myśl to czy odebrać. Dzwonił Pan ze sklepu, w którym zostawiłam swoje CV. No i za 2 godziny byłam na pierwszym interview. Było nieźle, Pan był całkiem miły. Nie przypuszczałam, że potrafię się tak rozgadać po angielsku. Pierwszy etap był za mną. Na drugi dzień miałam drugą część rozmowy, tym razem z kimś wyżej postawionym. Niestety tym razem nie było tak fajnie. Facet był miły, ale problem się pojawił, jak chciał pogadać o polityce i ekonomii. Tym sposobem chciał się przekonać, czy rzeczywiście studiowałam ekonomie. Jak mu powiedziałam, że mam dyplom, to on stwierdził, że mogłam jechać do Afryki i tam go sobie kupić. Maglował mnie około godziny. Byłam wściekła i chciałam uciec. A on określił, że mimo że mój język jest "bad", to przyjmie mnie do pracy. Niezbyt byłam zadowolona. Okazało się jednak, że nie jest to pełny etat. Ale zgodziłam się, bo dobre i to, jak nic innego nie ma. Miałam zacząć w piątek. To jedną pracę już mam!
W ten sam dzień dostałam też drugą, bo zadzwonili z agencji pośrednictwa pracy, że potrzebują kogoś do pracy w magazynie farmaceutycznym. Wybrałam magazyn. Właśnie dziś minął trzeci dzień pracy tam; zarobiłam około 800zł, co było moją motywacją do pracy. Przeliczałam sumkę na złotówki, bo dużej tej motywacji potrzebowałam. Przez całe 8 godz każdego dnia rozpakowywałam z kartoników ‘wormers for rabbits’ i wkładałam wszystkie do jednego większego kartonu. Bardzo ekscytujące. W dodatku dwóch chłopaków, z którymi pracowałam, nie odzywali się prawie w ogóle przez wszystkie te godziny. Nawet pogadać nie mogłam. Ale ponieważ pomagałam im wykonywać tą czarną robotę, chyba mnie polubili, bo na komputerze ustawili wygaszacz ekranu z tekstem “Keep Ola with us”. Ale nie ma głupich…zmieniam magazyn…tutaj nawet nadgodzin nie ma, a my kasy potrzebujemy bo niedługo przeprowadzka do Londynu…Mysza znalazł prace w zawodzie.

Oxford

Tags:

Pierwszy dzień

Doleciałam na miejsce w całości. Przyznam się, że trochę byłam przerażona nowym miejscem i tym co mnie tu czeka. Ale to chyba wina zmęczenia podróżą. Wszystko widziałam w czarnych barwach. To było wczoraj. No a dzisiaj… świeci słońce, ale moja wizja świata dalej w ciemnych barwach…może nie czarnych, ale nadal szarych. Mam tylko nadzieję, że niedługo nabierze koloru. Mieszkamy w Milton Keynes. Fajne miasto, ale bardzo rozległe. Mamy spory kawałek do centrum. Ale centrum mają wypasione – galeria handlowa jest tak duża, że można się zgubić. No i Xscape – centrum rozrywki, gdzie m.in. można pojeździć na nartach. Chwilowo z tych rozrywek nie skorzystam…najpierw muszę znaleźć prace. Ale tym zajmę się w poniedziałek. Pocieszające jest to, że nie będzie problemów z otworzeniem konta w banku. A i jeszcze…Anglicy mają dziwny sposób myślenia – zakładając kran, zrobili osobno na zimną i ciepłą wodę. Śmieszne to nie jest jak mam się umyć, bo są w takiej odległości od siebie, że najpierw nabieram w ręce trochę zimnej wody, a potem szybko przechodzę do gorącej…i chluuuust na twarz.

Sorki JJ że ukradłam Ci temat wpisu. Ale ja też nie znoszę przeprowadzek. Niedawno wyprowadzaliśmy się z wynajmowanego mieszkania. Mała kawalerka a tyle gratów się tam zmieściło. Co najgorsze…większość była moich. No ale jakoś zwiozłam to do domu. Jednak najbardziej mnie martwi, jak ja ten swój cały dobytek zmieszczę do jednej torby. Przecież czeka mnie jeszcze jedna przeprowadzka. Jak mam wybrać te najpotrzebniejsze 15kg??? Jak patrze na to wszystko, to każda rzecz mi się przyda. Wstępną selekcję już robię i się przerażam…będę musiała kilka razy zweryfikować swoją torbę. No i muszę zostawić misia.

Ponglish

Mój wyjazd zbliża się już wielkimi krokami – zostały tylko dwa tygodnie. Z tego względu zaczynam coraz bardziej panikować. Nie lubię tak zmieniać otoczenia i wyjeżdżać w nieznane…no ale lepszego wyjścia nie widzę. Żeby to nieznane stało się bardziej znane, przeglądam różne stronki internetowe. Dzisiaj trafiłam na artykuł zatytułowany "Brejkanie, czyli ponglish". W skrócie jest on o Polakach mieszkających na Wyspach Brytyjskich, którzy nie mówią już po polsku. Wszystko byłoby OK, ale…oni nie mówią też po angielsku. Stworzyli sobie własny "język"… pol-ang-slang, czyli ponglish.

A oto kilka zwrotów z "ponglish":

  • Now it’s railway for me. (Teraz kolej na mnie).
  • Poland is a village killed by desks. (Polska jest wioską zabitą dechami).
  • I will animal to you. (Zwierzę wam się).
  • You must step on my hand! (Musicie pójść mi na rękę!)
  • We must stop to divorce the facts and break down the first icecreams! (Musimy przestać rozwodzić się nad faktami i przełamać pierwsze lody!)
  • Without corpse! (Bez zwłoki!)
  • I tower you will after-can us… (Wierzę, że mi pomożecie).
  • Thank you from the mountain. (Dziękuję z góry).
  • Room with you! (Pokój z wami!)

Źródło: http://www.polishexpress.co.uk/artykul.aspx?id=354

Problemy techniczne:(

Uwaga…blog chwilowo źle działa jeśli otwierany jest za pomocą Internet Explorera. Wszystko jest OK używając Firefoxa. Co do innych przeglądarek to nie wiem, ale jak są jakieś błędy to chętnie się o nich dowiem

Disco polo żyje…:)


Bez komentarza

Tags:

Deja Vu


W wyniku eksplozji na promie w Nowym Orleanie ginie kilkaset osób. Jak się później okazuje, nie był to wypadek, lecz sprytnie zaplanowany zamach terrorystyczny. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi agent federalny ATF  – Doug Carlin (Denzel Washington). Pracując wraz z grupa dość dziwacznych naukowców bohater ma dostęp do urządzenia, dzięki któremu może obserwować dowolne miejsce w mieście – tyle tylko, że dokładnie 4,5 dnia wcześniej. Z pomocą tego wynalazku agent Carlin zrobi wszystko, by zapobiec zbrodniczemu atakowi, a przy okazji uratować piękną kobietę.

A teraz trochę ode mnie…hmmm…pierwsze wrażenie to takie, jakbym oglądała Matrixa – czyli niezbyt wiedziałam, o co w tym chodzi. Ale potem wszystko stało się jasne. Film jak dla mnie był fajny, nie żałuje że wydałam kasę na bilet do kina. No…może nie ja ją wydałam…ale i tak nie załuję

Zmiany

No i nadszedł wreszcie 2007 rok. Mam nadzieję, że znacznie lepszy od 2006 (chociaż narzekać nie powinnam). Ale analizując jednocześnie swój horoskop i kilka ostatnich snów, to jestem przekonana, że coś się jednak zmieni na lepsze. Na razie zmieniłam wygląd bloga na bardziej optymistyczny. I czekam na kolejne zmiany…