12 miesięcy

Nie pamiętam co tydzień temu jadłam na obiad, a dokładnie pamiętam co miałam na śniadanie rok temu 1 września:) Pamiętam jak mnie obudziły rano pierwsze skurcze i wzięłam je za skurcze przepowiadające (bo przecież poród nie zaczyna się ot tak:) Myślałam, że mam jeszcze kilka dni do godziny zero.

Zrobiłam śniadanie. Przekonywałam Bartka, że może iść do pracy. A potem wylądowałam spanikowana na kanapie, a potem w wannie. Że już? Że tak nagle? Dzień wcześniej przecież szalałam w parku spacerując żółwim tempem.

Za chwilę telefon do szpitala, potem po taksówkę. I zaciskanie zębów przy każdym skurczu, żeby tylko nie narobić obciachu w taksówce:) Już nie wspomnę o wizji odejścia wód i zalania samochodu:)

Jeszcze nie weszłam dobrze do szpitala, a już myślałam o znieczuleniu, którego oczywiście miałam nie chcieć:)

Ze szpitala pamiętam tylko co nieco. Trochę krwi, bólu i ten gaz, po którym czułam się zajebiaszczo, ale który w ogóle nie pomagał na ból. Dotąd żałuję, że Bartek się nim nie sztachnął, żeby zobaczyć jakie to fajne uczucie:)

Co było potem to już sobie daruję opis…
I pokazał się dzidziol. Taki fajny mały brunecik, który po roku okazał się blondaskiem i do tego z niezłym charakterkiem.

Jak tak sobie pomyślę, to nie mam pojęcia kiedy minął ten rok. Gdzieś mi się zgubiły te miesiące.

Jeszcze niedawno “zmuszałam” małego, żeby leżał na brzuchu i podnosił głowę. Teraz już powoli zaczyna sam dreptać, zabiera mi widelec, żeby samemu jeść, przegania mnie po drabinkach na placu zabaw, nie chce jeździć w wózku (ale chętnie sam go prowadzi), strzela fochy i potrafi rzucać się na ziemię (nieraz się zastanawiam czy ktoś mi dziecka po drodze nie podmienił), przytula się (tak bardzo że aż czasem mnie ugryzie z tej miłości:), pogadać już jest z kim (niekoniecznie ze zrozumieniem). No i ta pomoc w domu: przy odkurzaniu, porządkach w szafie, wyciąganiu i wkładaniu naczyń do zmywarki, nastawianiu, wieszaniu i ściąganiu (niekoniecznie suchego) prania. Zamiatanie, podlewanie i koszenie trawy bez niego też jest niemożliwe do zrobienia:) Normalnie jedno małe dziecko i pomoc full serwis:)

Wynieśliśmy się też z Londynu. Zamieniliśmy mieszkanie na dom. Ale o tym w następnym wpisie. Zatęskniłam trochę za tym blogiem. Już nie raz miałam myśl, żeby go skasować, ale tyle wspomnień tu mam – od początku mojego wyjazdu z Polski… to prawie 10 lat!

Torba Morini

Uwielbiam torebki, najlepiej takie pojemne z miękkiego materiału i z dużą ilością kieszeni. A bycie mamą to okazja do kupienia kolejnej. Nieważne że to będzie torba na pieluchy.

Niestety okazuje się, że większość tych toreb wygląda jak torby na pieluchy. Może i pakowane, ale żadna nie wpadła mi w oko. Tzn znalazłam kilka egzemplarzy godnych zainteresowania, ale nie zamierzam wydawać £200 na torebkę, która prawdopodobnie zostanie w niedługim czasie umazana jakimś jedzeniem, albo będzie miała styczność z piaskownicą.

I tak szukając trafiłam na kilka dobrych recenzji toreb Morini. Skusiłam się na MarieMont granatową. Jasna bardziej wpadła mi w oko, ale wygrała strona praktyczna.

Torba w rzeczywistości okazała się jakaś taka duża. Znałam jej wymiary przed kupnem, ale na ramieniu to tak inaczej niż na zdjęciu. Ma dużo kieszeni i faktycznie jest pojemna. Może jak przyjdzie mi nosić w niej pieluchy, zabawki, mleko plus moje rzeczy to będzie w sam raz:) Na codzień chwilowo jej nie noszę, ale na wyjazdy jako torba podręczna będzie idealna.

I tu na początku chciałam pochwalić obsługę klienta, ale się rozmyśliłam:)
Złożyłam zamówienie i okazało się, że nie ma opcji płacenia kartą. Napisałam do nich maila i niespodziewanie dostałam odpowiedź w ten sam dzień, że opcja PayPal już dodana. Woow super. Ale o torbie zapomniałam. Po kilku dniach znowu dostaję maila z pytaniem czy nadal jestem zainteresowana kupnem torby, bo moje zamówienie jest już przygotowane. I że dostanę gratis jakieś akcesoria za wskazanie braku płatności. Zaskoczenie – nie spodziewałam się tego po polskiej firmie:) To jasne że biorę torbę:) I od tego momentu czekałam jakieś dwa tygodnie żeby mi ją wysłali (kompletowali zamówienie). A przecież wszystko podobno było już przygotowane.

A jak już do mnie doszła i zobaczyłam jak jest zapakowana to nie wiedziałam czy mam płakać czy się śmiać:) To się nazywa profesjonalne pakowanie:) Nawet nie włożyli torby w worek ochronny. Zastanawiam się tylko, czy te za 800zł też tak pakują.

IMG_2636

Brytyjski paszport dla dziecka

Dziecko urodzone w UK mając polskich rodziców także może mieć brytyjski paszport. Jedyny warunek to trzeba tu pracować przynajmniej 5 lat. Jeśli rodzice nie są małżeństwem to jedynie matka może się starać o wydanie paszportu i to ona musi udokumentować te 5 lat pracy. Jeśli zaś są małżeństwem to wniosek może także wypełnić ojciec (i w tym wypadku matka nie musi nawet pracować).

Co jest potrzebne?
1. Formularz, który można pobrać na poczcie albo wypełnić online na stronie www.gov.uk i wydrukować. Wypełniając go w necie, będzie można zapłacić za paszport kartą (£46).
Jedno co mnie zdziwiło, to proszą także o podanie danych dziadków z obu stron (imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, a także data ślubu).

2. Pełny akt urodzenia dziecka.

3. Dwa zdjęcia. Można zrobić samemu w domu, gdyż nie ma dużych wymagań. Dziecko poniżej roku nie musi mieć nawet otwartych oczu.

4. Potrzebna jest też osoba z brytyjskim paszportem, mieszkająca w UK, która poświadczy że zna rodzica podpisującego formularz przez minimum 2 lata. Dodatkowo osoba ta musi wykonywać jeden z zawodów z podanej listy. Formularz o paszport zawiera sekcję, gdzie osoba ta musi podać swoje nazwisko, adres do pracy, numer paszportu, zawód i ile lat nas zna. Dodatkowo na zdjęciu musi napisać, że dziecko na zdjęciu to faktycznie jest nasze (konkretna regułka dostępna na stronie tutaj).
*** I jak się okazuje podanie takiej osoby to nie czysta formalność, bo ją sprawdzają. Przychodzi do niej osobny formularz, w którym ma podać kilka naszych danych i potwierdzić że rzeczywiście wcześniej to był jego podpis. Sprawdzają też jej paszport.

5. Dokumenty potwierdzające nasze zatrudnienie, czyli pięć ostatnich P60. Potem poproszono mnie o dosłanie jeszcze WRS, czyli potwierdzenia rejestracji w Home Office przed rokiem 2011. Pamiętam, że nie chciałam się rejestrować, bo szkoda mi było zapłacić £90. Na szczęście w pewnym momencie firma, w której wtedy pracowałam, wszystkich zarejestrowała. Uff:)

6. Paszporty rodziców.

Wszystkie dokumenty muszą być oryginalne.

Zastanawiałam się też nad wyrobieniem polskiego paszportu. Ale jak przeczytałam te wszystkie wymagania to mi się odechciało. Najpierw trzeba wpisać angielski akt urodzenia do polskich ksiąg stanu cywilnego. Można to zrobić w Polsce przez kogoś znajomego lub w polskim konsulacie (oczywiście trzeba się stawić osobiście). Potem pesel, który chyba się dostaje jak masz polski meldunek. Potem należy się umówić na spotkanie do ambasady (oboje z dzieckiem), gdzie wypełniamy wniosek. Paszport też trzeba odebrać osobiście. To tak w skrócie – przy takim procesie mogłam coś pominąć.

Także nasze dziecko jeśli zechce samo sobie wyrobi polski paszport:)

Na brytyjski czekaliśmy przeszło 6 tygodni. Paszport jest i można kupować bilety na święta:)

Czego nauczy cię niemowlak?

Cierpliwości, cierpliwości i jeszcze raz cierpliwości:) Minęło 7 tygodni i widzę jak z dnia na dzień mam jej więcej. Nie mówię, że nie mam chwili słabości, kiedy mam ochotę uciec jak najdalej. Ale wcześniej było ich znacznie więcej:) Coraz lepiej znoszę ten wielki płacz, kiedy nie wiadomo co jest źle. Mam więcej siły na tulenie, noszenie, bujanie. Pogodziłam się już też z tym ciągłym karmieniem.

To dopiero 7 tygodni, a już widać jak mały się zmienił – zarówno wygląd jak i zachowanie. Zamawiałam bruneta a wygląda że dostałam blondyna:) Za to uśmiech ma powalający:) Zaczyna się śmiać na głos i jak mnie widzi cała buźka mu się cieszy. Wybaczam mu wtedy te nieprzespane noce. Z tymi nocami zaczyna się jednak poprawiać. Jak już uśnie to potrafi spać nawet 4 godziny. Teraz akurat ma taki okres, że nie chce nam wieczorem zasnąć. Oczy jak złotówki i noście mnie noście. Nie myślcie tylko, że on może jakiś rozpieszczony – w łóżeczku sam też potrafi usnąć:) Musi tylko chcieć:)

W tym tygodniu mieliśmy wizytę kontrolną u lekarza. Wszystko z nami ok. Mały zdrowo rośnie. Jak tak dalej będzie jadł, to niedługo na dietę będzie musiał przejść:) Dobił już do 5.8kg. Dostał też pierwsze szczepienie. Ja też już doszłam całkiem do siebie i dostałam pozwolenie na ćwiczenia. Z jednej strony dobrze, ale z drugiej koniec wymówki. Jakoś trzeba znaleźć czas na zrzucenie tego nadbagażu. Wątpię żeby same spacery z wózkiem pomogły. Trzeba zarzucić jakiś Skalpel czy Killera:)

A jeszcze jedno… mój kochany synuś jako jedyny potrafi sprawić, żebym dzień zaczęła od 6 rano:) Zawsze chciałam wstawać wcześniej, żeby mieć więcej czasu i nigdy nie wychodziło. On dosypia potem do 8/9 a ja mam chwilę spokoju. No albo razem dosypiamy na sofie.

3 tygodnie

Dzisiaj mija 3 tygodnie jak nasze życie wywróciło się do góry nogami. Sama nie wiem, kiedy to zleciało, a zwłaszcza pierwsze dwa tygodnie. Każdy dzień jest podobny do siebie, zaczyna się już czasem o 5 rano, a i tak za chwilę jest już wieczór. Wszystko kręci się między pieluchami, karmieniem i dosypianiem. Nagle się okazuje, że nie potrzebujesz 10 godzin snu i przeżyjesz dzień na samym śniadaniu.

Jedzenie to osobny problem. Tutaj zderzają się dwie teorie: polska i angielska. Polskie przekonanie to żyć (przynajmniej pierwszy miesiąc) na samym kurczaku (pieczonym oczywiście) z ryżem. Absolutny zakaz jedzenia truskawek, owoców cytrusowych, innych owoców pestkowych. Pomidory też niby uczulają. Czekolada – owszem ale kosteczka raz w tygodniu:) Czyli wszystko wyeliminować na wstępie i wprowadzać stopniowo.
Co na to położna w UK? Jak jej to powiedziałam, to popatrzyła na mnie dziwnie i zapytała skąd wzięłam takie informacje:) Jeść mogę wszystko od samego początku, ale mam obserwować dziecko. Jeśli mi dany produkt nie szkodzi, to nie muszę z niego rezygnować. I szczerze mówiąc angielskie podejście bardziej mi się podoba. Nie dość, że tyle trzeba znosić w pierwszych miesiącach to jeszcze nie można sobie jedzeniem tego wynagrodzić:)

W czasie ciąży naczytałam się o samych plusach karmienia piersią. Że to takie magiczne doświadczenie matka-dziecko, że tworzy się więź z dzieckiem, że to dużo wygodniejsze, ble ble ble. Serio??? To tak samo jak mi ktoś powie, że ciąża to stan błogosławiony i najpiękniejszy okres w życiu kobiety. Piękny to on może był, bo nie musiałam do pracy chodzić:) No ale wracając do karmienia, to jest to najbardziej męczące doświadczenie. Miłe też nie jest, zwłaszcza jak taki mały ssak cie dziabnie. Zdecydowanie prościej jest zalać wodą mleko w proszku. Nawet z przygotowaniem butelki cały proces karmienia trwa połowę krócej. No i można się podzielić z partnerem, a nie że tylko ja chodzę jak zombi:)

Dzisiaj właśnie jest zombi-dzień. Mały drugą część nocy dawał czadu. Głowa mi pęka i nawet dosypianie w dzień nie pomaga. Na dworze już drugi dzień leje, więc pogoda nie sprzyja poprawie nastroju. Muszę wykombinować jakiś sposób na spacery w deszczu, bo inaczej całą jesień mogę w domu przesiedzieć.

Wtorek 1/09/2015

I to był ten dzień. 5 dni przed przewidywaną datą. Obudziłam się rano z dziwnymi skurczami. Z dziwnymi bo wcześniej takich nie miałam. Pomyślałam sobie “ooo mały zaczyna się przygotowywać do wyjścia. To muszą być jakieś skurcze przepowiadające”. Choć w sumie sama nie wiedziałam (i nadal nie wiem) jak wyglądają te skurcze przepowiadające. Ale jeszcze wtedy myślałam, że będzie kilka skurczy i jakaś akcja za kilka dni ewentualnie się rozkręci. Zrobiłam śniadanie, Bartka do pracy wysyłałam, “bo to nic takiego, na pewno zaraz przejdzie, czuję się ok”.

Na szczęście mnie nie posłuchał i został, bo ból się nasilał i tak już zostało, aż pojechaliśmy do szpitala. Czekając na badanie już prawie umierałam i zaczynałam myśleć o znieczuleniu:) Cała wieczność minęła zanim ulokowali mnie w pokoju do rodzenia. Potem to już było gorzej. Tak się zapierałam przed znieczuleniem, ale nie wytrzymałam. Było mi wszystko jedno, gdzie i co będą mi wbijać – byle nie bolało:) I wbicie igły w plecy nie bolało ani trochę. Gorzej było z wkłuciem w dłoń, żeby podawać kroplówki. To bolało, było niewygodne i musiałam to mieć przez cały pobyt w szpitalu.

Ból minął, ale małemu spadł puls i nagle w pokoju zaroiło się od ludzi. No i postanowili, że jednak będzie cesarka. To było bardzo dziwne uczucie. Nic nie bolało, ale czułam jak mi grzebali w brzuchu. Miałam wrażenie, że mam rozpruty cały brzuch. A najbardziej się bałam pierwszego nacięcia, że źle mnie znieczulili i poczuje skalpel…brrrr
Starałam się nie myśleć co mi tam robią, ale wyobraźnia podpowiadała swoje. Wyciągnięcie dziecka trwało chwilę, ale zszycie mnie potem to już wieczność. To była moja pierwsza wizyta w szpitalu (w całym życiu) i musiało się od razu tak skończyć:)

Na szczęście do domu wypisali nas na drugi dzień. Inaczej umarłabym tam z głodu – na śniadanie tost z dżemem i mleko. Bartek ze mną był przez cały czas pobytu w szpitalu, nawet podczas cesarki. Będąc znieczulonym od pasa w dół to było bardzo pomocne. Sama nie byłam nawet w stanie podnieść dziecka.

Dzisiaj mija dokładnie 2 tygodnie. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Wszystko między pieluchami, karmieniem i spaniem. Jak zawsze początki są najgorsze. Mały nie chciał spać w łóżeczku (ale spał bez lulania w wózku), były problemy z karmieniem, nieprzespane noce, ja ledwo chodziłam i takie tam pierwsze problemy każdych rodziców. Teraz już jest lepiej; nadal nie dosypiam, ale w dzień mam czas na ciepłą kawę:)

Wyprawka dla malucha

Zbieram się do tego posta już od kilku tygodni i coś mi nie wychodzi. Weny nie mam i do tego ostatnio mi dłonie drętwieją. Pisanie na klawiaturze stało się przez to uciążliwe. Nie mam też pomysłu jak to wszystko zebrać, także idę na żywioł:)

Patrząc na swoją listę mogę być z siebie dumna:) Nie zaszalałam i wszystko poszło zgodnie z planem. Z niektórych rzeczy nawet zrezygnowałam.

1. Ubranka
Postawiłam głównie na body, pajace, śpiochy. Wszystko w dwóch rozmiarach i mniej więcej po 6 sztuk. Znalazły się też spodenki, ze dwie koszulki i “gajerek” na wyjście ze szpitala i na spacery.
Wygląda na to, że bardziej niż ja zaszalała moja mama, bo po jej przyjeździe ilość ciuchów znacznie się zwiększyła. Mały będzie miał ich większy wybór niż ja po porodzie:)

ubranka

Sklepy, w których kupowałam to:
www.vertbaudet.co.uk
www.next.co.uk
www.hm.com/gb/
www.johnlewis.com

2. Karmienie i przewijanie
Jeśli chodzi o karmienie to zrezygnowałam z podgrzewacza i laktatora.
Na wszelki wypadek kupiłam 2 butelki Tommee Tippee i mleko w proszku jakby karmienie piersią nie wypaliło.

Co do przewijania to oczywiście pampersy, choć w szkole rodzenia zachwalali pieluchy wielorazowe. Podobno są nawet pralnie pieluch, gdzie kurierem możesz im wysłać brudne pieluchy:)
Przewijak kładziony na łóżeczko; od spodu usztywniany deską. Pokrowca z gumką na niego nie znalazłam, ale zwykła tetrowa pielucha napewno wystarczy.

Kosz na brudne pieluchy jednak się znalazł na liście.

Mokre chusteczki WaterWipes. Z posypki zrezygnowałam na rzecz maści ochronnej Bepanthen i ewentualnie mąki ziemniaczanej:)
No i do tego pieluchy tetrowe mniejsze i większe.

przewijak

Tutaj głównie kupowałam na:
www.amazon.co.uk
www.mothercare.com

3. Kąpanie
Zwykła wanienka, bez żadnych udziwnień. Dwa ręczniki. Z kosmetykami się powstrzymałam, mimo że to moja słabość, zwłaszcza Bambino:) Kupiłam jedynie żel do kąpieli Earth Friendly Baby i w razie potrzeby krem nawilżający Bepanthen.
Gaziki, sól fizjologiczna i Octenisept mama przywiozła mi z Polski.
Termometry do wody mamy dwa, bo Bartek nie mógł się zdecydować czy żółw czy kaczka:)

kapiel

4. Spanie
Miało być normalne łóżeczko, ale z braku miejsca w sypialni stanęło na kołysce. Jest stabilna i opcja kołysania się blokuje. Do tego materac firmy The Little Green Sheep. Z materacem od razu był nieprzemakalny podkład.

No i oczywiście Szumiś musi być:)

kolyska

Ochraniacze na boki łóżeczka kupiłam (trochę za wcześnie) w promocji, ale na normalne łóżeczko, także chwilowo się nie przydadzą. Do kołyski już nie kupowałam, bo położne tutaj odradzają coś takiego.

Z otulacza też zrezygnowałam. W Primarku kupiłam śpiworek do spania. Milusi jak w innych sklepach, a zaoszczędziłam jakieś 20-30 funtów.

5. Spacery / Podróże
Tutaj dużo nie będzie, ale to najdroższa kategoria:)
Wózek Bugaboo Cameleon – moja miłość od pierwszego wejrzenia:) Nie wiem jak i kiedy to się stało, ale jeszcze przed ciąża wiedziałam, że kiedyś będzie mój:)
Czerwony mi się bardziej podobał, ale musiałam iść na kompromis:)

bugaboo

Fotelik samochodowy wybierał Bartek. Stwierdziłam, że nie mam głowy do tych technicznych szczegółów. Kupiliśmy Maxi-Cosi Pebble Plus. Do tego zdecydowaliśmy się na bazę 2wayFix. Jej cena nie jest niska, ale montowanie fotelika w samochodzie jest szybkie i bardziej stabilnie się trzyma. No i pasuje do następnych fotelików.

Mata do przewijania na spacery. Ma kieszonki na pieluchy, chusteczki, itp. Ma mi zastąpić typową torbę do przewijania.

Przed kupnem wózka i fotelika umówiliśmy się w Mamas & Papas na demonstrację. Mogliśmy zobaczyć czy wózek zmieści się do naszego bagażnika i czy fotelik pasuje do naszego modelu samochodu. Dostaliśmy jeszcze 10% rabatu.

6. Dodatki i nadprogramowe rzeczy
– koszyk wiklinowy na podręczne rzeczy do przewijania
– termometr do sypialni Gro-Egg
wodoodporna mata
– kocyk-otulacz Wallaboo – tak mi się spodobał, że nie mogłam się powstrzymać:)

No i to na tyle. Teraz tylko odliczamy dni.