10 lat w UK

Piątek 2/02/2007 godzina 17:15 lotnisko Londyn Luton.
Wylądowaliśmy.
Zaczynaliśmy kolejny etap. Po drodze z lotniska chciało mi się płakać. Było ciemno, ponuro, nie wiedziałam co mnie czeka. Przygodę zaczynaliśmy w Milton Keynes.

Na drugi dzień było już lepiej. Ładna okolica, chyba nawet słońce świeciło, jakoś tak bardziej optymistycznie się wydawało. No ale co dalej? To nie wakacje i trzeba było zacząć szukać pracy. Plan był taki, że na pierwszy ogień idą magazyny. Obchód po agencjach pracy, cv, podania, formularze. Potrzebne konto bankowe i numer ubezpieczenia (NI). Pamiętam to błędne koło – nie dostaniesz pracy bez NI i konta, a konta i NI bez pracy. Po rejestracji w jednej z agencji dostałam papier, który pozwolił mi założyć konto i ubiegać się o NI.

Do tego karta sim. Tylko jak ją doładować?:) W tym celu poszłam pierwszy raz do jakiegoś sklepu a pan mi zaproponował “voucher”. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Nie pamiętam już jak się dogadałam, ale dostałam ten cały “voucher” w formie wydruku, gdzie był kod doładowujący telefon.

Po paru dniach odezwała się agencja, że mają dla mnie pracę. Do dziś pamiętam stertę pudełek z odrobacznikami dla królików, które musiałam przepakować do większego pudła. I tak 8 godzin przez kilka dni. Cały dzień w pomieszczeniu bez okien i z kiepskim zasięgiem w telefonie. Już pierwszego dnia całkiem się rozładował i miałam problem z powrotem do domu. Umówiłam się z Bartkiem, że po mnie przyjedzie, ale pomyliłam wyjścia. Nie mogliśmy się znaleźć, nie znałam drogi powrotnej do domu (bo to na jakimś zadupiu było – przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Próbowałam złapać autobus, ale się nie zatrzymał. Nie znałam żadnego numeru telefonu, żeby z czyjegoś telefonu zadzwonić. Stałam w ciemności na przystanku autobusowym i zastanawiałam się co dalej.

Po kilku dniach zmieniłam magazyn. Łatwiej było, bo ze znajomymi. Tak jak wtedy narzekałam, że siedzę w miejscu, tak potem że ciągle chodzę. “Picking packing” – to było moje nowe zajęcie. Czyli chodzenie z wózkiem i skanerem i kompletowanie zamówień. Już po jednym dniu współczułam ludziom, którzy pracowali tam dłużej i zastanawiałam się jak oni mogą tak codziennie. Deprecha murowana:) Ja już wiedziałam, że dla mnie to tylko przejściowe zajęcie. Przed nami była przeprowadzka do Londynu. Bartek dostał pracę, wystarczyło tylko znaleźć mieszkanie.
Nie znoszę starych domów, kamienic, itp. Dlatego szukanie mieszkania w Londynie mnie przerażało. Z ograniczonym budżetem myślałam, że tylko na jakąś norę nas stać. W dodatku bez referencji. Po kilku widzeniach chciałam płakać. Miałam już wizje spania na Victoria Station:)

No to zaczęliśmy przygodę w Londynie. Bartek zaczął prace, a ja poszukiwania pracy. I tu dopiero była jazda bez trzymanki. Chciałam znaleźć coś bardziej ambitnego niż magazyn. Zaczęłam wysyłać cv. No ale co ja umiałam? Same studia, bez doświadczenia. W dodatku dość kiepski język. Sama nie wiedziałam, co chcę robić. Mijały tygodnie i nic. Zaczęłam się jednak rozglądać za jakąkolwiek pracą. I dostałam ofertę pracy przy sortowaniu suszonych daktyli. I od tej pory omijam daktyle szerokim łukiem:) Bez jakiegoś specjalnego ubrania, bez rękawiczek, z pomalowanymi paznokciami mieszałam rękami daktyle. Trochę lakieru w nich zostało:) Długo tam nie popracowałam, bo aż pół dnia…i zwiałam:) Po prostu w czasie przerwy poszłam sobie do domu:) Takie profesjonalne to było. Na szczęście żadnej umowy jeszcze nie podpisałam. Wiadomo kasy za to nie dostałam, ale wtedy bardziej bałam się zadzwonić do agenta i powiedzieć mu, że rezygnuje.

I szukałam dalej. A w tym czasie zaczęłam się uczyć jak robić strony internetowe. Wciągnęło mnie to na dobre i do dziś nie żałuję tego kroku. Złożyłam cv do firmy, w której Bartek wtedy pracował na pozycje juniora. I dali mi szansę. Zatrudnili mnie na pełny etat i dali czas na podszkolenie swoich nowych umiejętności. I to właśnie lubię w Anglii – nie musisz znać perfekcyjnie angielskiego, nie musisz mieć dyplomu (swojego nigdy nie pokazywałam) ani 10-letniego doświadczenia, a i tak znajdzie się firma, która da ci szansę. Przepracowałam tam jakieś 6 lat.

W trakcie tych 6 lat przeprowadziliśmy się 5 razy, w tym raz poza Londyn. Niestety mieszkanie w Milton Keynes (bo tam się przeprowadziliśmy) i dojeżdżanie do Londynu, to była masakra. Ja wiem, że większość ludzi tak dojeżdża, ale to nie było dla nas. Po co płacić za dom i w nim tylko spać i spędzać weekendy? W dodatku ceny biletów na pociąg powalały. I te ciągle opóźnione pociągi. Po około miesiącu wróciliśmy do Londynu.

Po tylu latach pracy w jednej firmie zachciało mi się zmian. Ale tym razem miałam zawód i wiedziałam, czego szukać. Oferta wyglądała super, niestety na miejscu okazało się, że mówili swoje, a robili co innego (a raczej nie robili nic). Miało być biuro w Londynie, a przez 3 miesiące pracowaliśmy w mieszkaniu. Łącznie nas tam była trójka, a często byłam sama. Mieli zatrudnić więcej ludzi, ale nic się nie działo. Przez pierwsze 3 miesiące miałam tylko 2-tygodniowy okres wypowiedzenia. Wykorzystałam to, żeby szybciej zrezygnować. Nie wyobrażałam sobie wytrzymać tam dłużej, jeśli po kilku tygodniach miałam dość swojej pracy.

No to szukałam dalej. Tym razem zajęło mi to jakieś 6 miesięcy. Wysyłałam cv, chodziłam na rozmowy, robiłam testy sprawdzające i wybrzydzałam:) Bo zła lokalizacja, małe biuro, mała firma, sami faceci, bo intuicja podpowiada że nie, itd. Ale w sumie warto było czekać. Znalazłam firmę – duża, w centrum, wiele się nauczyłam i poznałam świetnych ludzi. W sumie fajnie się tam pracowało, ale już nie wróciłam po macierzyńskim. Kto wie, może jak będę znowu szukać pracy to do nich zapukam.

Przyjechaliśmy tu tylko na rok, no może dwa lata. Minęło 10 lat…wooow. Jest nas już trójka. Wyprowadziliśmy się w końcu poza Londyn, gdzie mamy domek z ogródkiem. Nie wyobrażam już sobie mieszkać w małym mieszkaniu w centrum Londynu. Tęsknie czasem, ale odkąd tu mieszkamy to nie byłam ani razu w Londynie:)

Oto moje małe podsumowanie tych 10 lat; tak na pamiątkę, żeby nie zapomnieć tej okrągłej rocznicy:) Dużo więcej się działo, części już nie pamiętam, dużo się też podróżowało. Mam nadzieję, że kolejna dziesiątka będzie bardziej zabawna z tym małym brzdącem:)

Podsumowanie 2016

Piszę ten post jeszcze w 2016 roku. Zostały ostatnie godziny i tak się zastanawiam jaki ten rok był. Napewno za krótki. Czas zdecydowanie za szybko leci. Ale nie był zły. Nie żegnam go z żalem, bo to co dobre przecież mogę kontynuować w następnym roku. Czy wydarzyło się coś złego? Hmmm…chyba nie, a przynajmniej nie na tyle złe, żebym o tym pamiętała.

Jedno co mi bardzo ale to bardzo dokuczało, to niewystarczająca ilość snu. Ale ja zawsze byłam śpiochem i 6 czy 7 godzin snu to zawsze było za mało. Podejrzewam, że w następnym roku to się nie zmieni i za rok też napiszę, że najbardziej brakowało mi snu. Ale na własne życzenie chciało się dziecka, więc jak pretensje to tylko do siebie:)

Wszyscy byliśmy zdrowi. Nie liczę tych drobnych przeziębień, które   wtedy (mimo że małe) dawały w kość. Niestety tego się nie da uniknąć. Nie znalazłam nic konkretnego na wzmocnienie odporności u dziecka. Jedyne co to zdrowa dieta, spacery a reszta przyjdzie z czasem. A przydałby się jakiś magiczny syrop na przetrwanie zimy:)

Rok 2016 dał nam wszystko, co tylko chcieliśmy. Bartek zmienił pracę, ja mogłam zostać w domu z synem, przeprowadziliśmy się poza Londyn do domu z ogródkiem. Na wakacje nam się nie udało pojechać, ale tego tak naprawdę nie planowaliśmy. Spełniliśmy kilka swoich zakupowych marzeń. Ja od zawsze chciałam mieć bieżnie, ale nie mieliśmy miejsca. Po przeprowadzce temat wrócił i od niedawna bieżnia pięknie szpeci nam salon:) Zdecydowaliśmy się też na kupno samochodu. Nie było to takie proste, bo marka, cena, wiek i czy aby napewno potrzebujemy. Ale jest – stoi dumnie w garażu:)

No i nareszcie po kilku latach składania sobie obietnic, zaczęłam wreszcie jeździć tutaj samochodem. Ta lewa strona nie jest taka zła, a drogi nawet jak waskie to można się spokojnie zmieścić. Wystarczyło tylko wykupić dwie godziny jazdy, żeby poczuć się swobodniej. 

Mam nadzieję że rok 2017 będzie tak samo dobry jak poprzedni, a nie obrażę się jak nawet i lepszy. Mam kilka planów i postanowień.     Chciałabym się bardziej skupić na sobie – znaleźć czas na bieganie, basen, no i powoli myśleć o powrocie do pracy. Fajnie się siedzi w domu, ale czasem tęskno za praca. 

Dziecko niejadek. A co to takiego?

Szkoła podstawowa, pora obiadowa.
Siedzę na stołówce i wcinam obiad z innymi dzieciakami. Udało się przekonać mamę, żeby zapisała mnie na szkolną stołówkę. Wątpię żeby ta zachcianka spowodowana była jakością serwowanych posiłków. Chodziło bardziej o kwestie społecznościowe – “bo większość dzieci je na stołówce”. W każdym razie jakiś posiłek zaliczony i na długiej przerwie się nie nudziłam.

Dom, po szkole.
Nie ma to jednak jak obiad ugotowany przez mamę. Nieważne, że jakieś 2 godziny temu jadłam w szkole. Kto by się nie skusił na pyszny domowy posiłek:) Wygląda na to, że żywienie mnie w tamtym okresie nie było zbyt opłacalne. Na szczęście mama szybko ucięła jedzenie dwóch
obiadów, czyli łącznie jakiś trzech dań. Bo nie tylko żywienie mnie byłoby nieopłacalne, ale także i ubieranie:)

Skrzyp-łup, skrzyp-łup…oto odgłos otwieranej i zamykanej lodówki. A między tymi czynnościami znikała kolejna parówka z lodówki. Rodzice nigdy mi nie powiedzieli ile takich podejść robiłam i ile parówek potrafiłam zjeść. Za to do dziś mi o tym przypominają:) Ot takie było moje podejście do odżywania. Wtedy myślałam, że ten dodatkowy balast miałam już od urodzenia:) A parówki mi się nie przejadły, do dziś je uwielbiam i to nawet na zimno.

Wspominając dawne czasy nie powinnam się dziwić skąd moje dziecko ma taki apetyt. Zdecydowanie wdał się we mnie, bo tato był strasznym niejadkiem, za którym trzeba było ganiać z talerzem. Od początku moim problemem były porcje jedzenia dla syna. Niby były jakieś wytyczne, ale on zazwyczaj chciał więcej. A w necie tylko informacje w stylu “zje ile chce”, “dziecko zdecyduje czy jest głodne”, “jak przekonać dziecko do jedzenia”, itp. No dobra, ale gdzie jest ta górna granica? Czasem owsianki zjada tyle co ja. Nie wspomnę już o jajecznicy, gdzie jedno jajko to tak troszkę za mało. A parówki…pychota…je na dwie ręce, a chleb muszę mu wciskać “na siłę”. A jak już popełnię ten błąd i nie skończę jeść pierwsza, to zaraz wyciąga ręce po moją porcję. Nie dam – to ryk jakbym go zagłodzić chciała. No ale co będę dziecku jedzenia żałować:)

Dr Google nic nie podpowiada na taką przypadłość, nie ma nic konkretnego na “sposób na głodomora”:) Próbowałam dawać mu wasabi, chrzan, ale nie daje się tak łatwo nabrać:) Nawet jak nie widzi co jest na stole to wyczuwa, że zamiast pizzy (którą my jemy) próbuję mu wcisnąć mandarynkę.

Ale tak na serio, to mam złote dziecko, jeśli chodzi o jedzenie. Mięso, ryby, warzywa, owoce – zje wszystko. Tylko czasem się zastanawiam, czy ja go aby nie przekarmiam.

Ma ktoś doświadczenie z takimi głodomorami?

10 lat bloga

Wow. Sama nie mogę w to uwierzyć. Dzisiaj dokładnie mija 10 lat kiedy napisałam pierwszego posta. Jak do nich teraz wracam, to płakać mi się chce, co ja tam wypisywałam:) Już kilka razy chciałam go skasować, zacząć od nowa, ale zawsze mi szkoda. Nieważne jaki tekst, ale tyle lat wspomnień. Akurat na starość do poczytania:)

Bloga postanowiłam założyć jak zdecydowaliśmy się na wyjazd do UK (tak, tu też już mija niedługo 10 lat – ale o tym będzie osobny post). Pierwsza notka była pisana w wynajmowanej kawalerce, na moim pierwszym laptopie. Byłam po studiach, po kolejnej “załamce” odnośnie szukania pracy i w trakcie stażu w kadrach w Zakładach Mięsnych. Swoja drogą ten staż był ciekawy – dotąd pamiętam te ręcznie pisane cv na posadę rzeźnik-ubojowiec, gdzie jedynym wymaganiem było wykształcenie podstawowe. Kurcze gdybym pamiętała więcej szczegółów to mogłabym sklecić posta.

Przez te lata wyszło mi 431 postów. To prawie jeden post na tydzień. Gdybym tylko pisała regularnie to może więcej was by tu zaglądało:)

Z każdym nowym rokiem obiecuje sobie, że będę pisać regularnie. Tym razem zapewne też tak będzie:) Ale napewno częściej coś wrzucam na instagram

Knaphill, Surrey

Po 9 latach mieszkania w Londynie postanowiliśmy jeszcze raz spróbować wyprowadzić się poza Londyn. Pierwszy raz próbowaliśmy w 2012 roku, do Milton Keynes. Po około miesiącu wróciliśmy do Londynu.

No ale tym razem jest inaczej, mamy dziecko i tylko jedno z nas dojeżdża do pracy do Londynu (przynajmniej chwilowo). Nie uważam, żeby Londyn był zły dla dzieci. Rok z Natkiem tam wspominam dość dobrze i jest mnóstwo atrakcji i zajęć nawet dla tych najmłodszych. Potrzebowaliśmy większego mieszkania, a najlepiej domu z ogródkiem (żeby w razie lenistwa móc wystawić dziecko za drzwi i już ma “świeże” powietrze).

Była myśl przeprowadzenia się tylko poza centrum Londynu. Ale dla mnie to nadal tłoczne miasto i dojeżdżanie metrem do pracy. Do tego zbyt duża mieszanka kulturowa i te ceny wynajmu czy kupna.

W końcu stanęło na Surrey. Szukaliśmy naokoło miasta Woking, ale chcieliśmy gdzieś dalej od centrum. I po dość długim szukaniu idealnego domu osiedliliśmy się w Knaphill. Na początku myślałam, że to jakaś dzielnica Woking, ale potem okazało się, że to po prostu wioska:)

Jest cicho, spokojnie, głównie są tu tylko domy. Jest tzw centrum z kilkoma sklepami, duży supermarket, ale na dłuższą metę ciężko jest bez samochodu. Do centrum handlowego, na basen, do kina, na siłownię, na ciekawsze zajęcia dla dzieci trzeba dojechać samochodem.

Ludzie są tu jacyś milsi. Każdy zagaduje, uśmiecha się do dziecka, pomaga. W porównaniu do Londynu mają tu prywatne życie, a nie tylko praca. Lokalne sklepy czy inne usługi otwarte do 17:00. W niedzielę wszystko pozamykane. Chciałam wykupić sobie lekcje jazdy samochodem, to babka mi powiedziała, że tylko w tygodniu w godzinach 9-17:)

Poszłam do kina i zdziwiłam się, że nie ma automatów z biletami. Tylko (albo aż) 4 stoiska z kasjerami:) I o dziwo wszystkie otwarte mimo, że nie było dużo ludzi. Na szczęście kartą można było płacić:P

I sąsiedzi:) W Londynie przez tyle lat nie znałam sąsiadów. Tutaj w pierwszy dzień jeden z nich przyszedł się przywitać i poinformować nas o panujących “zasadach” i kto gdzie mieszka:) Ciasta niestety nie przyniósł:) Zresztą sama poszłam się przedstawić do sąsiadki obok, bo dowiedziałam się że ma dziecko w podobnym wieku. Ale sąsiedzi się przydają, np żeby pożyczyć drabinę, kiedy zatrzasną się drzwi a z drugiej strony klucze w drzwiach zostały. Na szczęście jeszcze jest ciepło i są otwarte okna:)

Ten post leżał nieopublikowany chyba przeszło miesiąc. Nie mogłam się zebrać, żeby dodać też kilka zdjęć. W końcu zdjęć i tak nie będzie, bo żadne mi się nie podobało. Dodam innym razem.

Nasze życie na wsi toczy się spokojnym torem. Leci dzień za dniem, a ja nie mogę się doczekać końca zimy. Ciemne i zimne popołudnia/wieczory z dzieckiem to masakra. W domu się sam nudzi, zajęć popołudniu jakoś nie ma, na dwór wyjść nie można, zabawki są bee, więc czepi się nogi i marudzi:)

12 miesięcy

Nie pamiętam co tydzień temu jadłam na obiad, a dokładnie pamiętam co miałam na śniadanie rok temu 1 września:) Pamiętam jak mnie obudziły rano pierwsze skurcze i wzięłam je za skurcze przepowiadające (bo przecież poród nie zaczyna się ot tak:) Myślałam, że mam jeszcze kilka dni do godziny zero.

Zrobiłam śniadanie. Przekonywałam Bartka, że może iść do pracy. A potem wylądowałam spanikowana na kanapie, a potem w wannie. Że już? Że tak nagle? Dzień wcześniej przecież szalałam w parku spacerując żółwim tempem.

Za chwilę telefon do szpitala, potem po taksówkę. I zaciskanie zębów przy każdym skurczu, żeby tylko nie narobić obciachu w taksówce:) Już nie wspomnę o wizji odejścia wód i zalania samochodu:)

Jeszcze nie weszłam dobrze do szpitala, a już myślałam o znieczuleniu, którego oczywiście miałam nie chcieć:)

Ze szpitala pamiętam tylko co nieco. Trochę krwi, bólu i ten gaz, po którym czułam się zajebiaszczo, ale który w ogóle nie pomagał na ból. Dotąd żałuję, że Bartek się nim nie sztachnął, żeby zobaczyć jakie to fajne uczucie:)

Co było potem to już sobie daruję opis…
I pokazał się dzidziol. Taki fajny mały brunecik, który po roku okazał się blondaskiem i do tego z niezłym charakterkiem.

Jak tak sobie pomyślę, to nie mam pojęcia kiedy minął ten rok. Gdzieś mi się zgubiły te miesiące.

Jeszcze niedawno “zmuszałam” małego, żeby leżał na brzuchu i podnosił głowę. Teraz już powoli zaczyna sam dreptać, zabiera mi widelec, żeby samemu jeść, przegania mnie po drabinkach na placu zabaw, nie chce jeździć w wózku (ale chętnie sam go prowadzi), strzela fochy i potrafi rzucać się na ziemię (nieraz się zastanawiam czy ktoś mi dziecka po drodze nie podmienił), przytula się (tak bardzo że aż czasem mnie ugryzie z tej miłości:), pogadać już jest z kim (niekoniecznie ze zrozumieniem). No i ta pomoc w domu: przy odkurzaniu, porządkach w szafie, wyciąganiu i wkładaniu naczyń do zmywarki, nastawianiu, wieszaniu i ściąganiu (niekoniecznie suchego) prania. Zamiatanie, podlewanie i koszenie trawy bez niego też jest niemożliwe do zrobienia:) Normalnie jedno małe dziecko i pomoc full serwis:)

Wynieśliśmy się też z Londynu. Zamieniliśmy mieszkanie na dom. Ale o tym w następnym wpisie. Zatęskniłam trochę za tym blogiem. Już nie raz miałam myśl, żeby go skasować, ale tyle wspomnień tu mam – od początku mojego wyjazdu z Polski… to prawie 10 lat!

Torba Morini

Uwielbiam torebki, najlepiej takie pojemne z miękkiego materiału i z dużą ilością kieszeni. A bycie mamą to okazja do kupienia kolejnej. Nieważne że to będzie torba na pieluchy.

Niestety okazuje się, że większość tych toreb wygląda jak torby na pieluchy. Może i pakowane, ale żadna nie wpadła mi w oko. Tzn znalazłam kilka egzemplarzy godnych zainteresowania, ale nie zamierzam wydawać £200 na torebkę, która prawdopodobnie zostanie w niedługim czasie umazana jakimś jedzeniem, albo będzie miała styczność z piaskownicą.

I tak szukając trafiłam na kilka dobrych recenzji toreb Morini. Skusiłam się na MarieMont granatową. Jasna bardziej wpadła mi w oko, ale wygrała strona praktyczna.

Torba w rzeczywistości okazała się jakaś taka duża. Znałam jej wymiary przed kupnem, ale na ramieniu to tak inaczej niż na zdjęciu. Ma dużo kieszeni i faktycznie jest pojemna. Może jak przyjdzie mi nosić w niej pieluchy, zabawki, mleko plus moje rzeczy to będzie w sam raz:) Na codzień chwilowo jej nie noszę, ale na wyjazdy jako torba podręczna będzie idealna.

I tu na początku chciałam pochwalić obsługę klienta, ale się rozmyśliłam:)
Złożyłam zamówienie i okazało się, że nie ma opcji płacenia kartą. Napisałam do nich maila i niespodziewanie dostałam odpowiedź w ten sam dzień, że opcja PayPal już dodana. Woow super. Ale o torbie zapomniałam. Po kilku dniach znowu dostaję maila z pytaniem czy nadal jestem zainteresowana kupnem torby, bo moje zamówienie jest już przygotowane. I że dostanę gratis jakieś akcesoria za wskazanie braku płatności. Zaskoczenie – nie spodziewałam się tego po polskiej firmie:) To jasne że biorę torbę:) I od tego momentu czekałam jakieś dwa tygodnie żeby mi ją wysłali (kompletowali zamówienie). A przecież wszystko podobno było już przygotowane.

A jak już do mnie doszła i zobaczyłam jak jest zapakowana to nie wiedziałam czy mam płakać czy się śmiać:) To się nazywa profesjonalne pakowanie:) Nawet nie włożyli torby w worek ochronny. Zastanawiam się tylko, czy te za 800zł też tak pakują.

IMG_2636